Zakaz muralowania

fot. Aleksandra Litorowicz

Rozmowa z
Mariuszem Warasem
(M-city)

Magda Grabowska: Czy mógłbyś na początku opowiedzieć o swoim doktoracie „Manufaktura jako metafora sztuki w przestrzeni publicznej, struktura i mechanizm powielania”?

Mariusz Waras: Na uczelniach artystycznych główną częścią doktoratu są prace artystyczne, a tekst jest tylko ich opisem. Moją wystawę tworzyło 30 czy 40 wydrukowanych zdjęć, które dokumentowały moje ostatnie dwa lata pracy do momentu zakończenia doktoratu. Były to więc głównie realizacje wielkoformatowe z różnych zakątków świata. Zazwyczaj na wystawy będące częścią doktoratów składają się jednak obrazy, obiekty, rzeźby, które są po prostu fizycznie widoczne w danej przestrzeni. Ja z tego celowo zrezygnowałem. Nie chciałem robić muralu na fikcyjnej ścianie w murach uczelni. Zrezygnowałem z fizycznej obecności obiektu na korzyść zdjęć i to chyba dużo lepiej zagrało.

m-city, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Nawiązując do tytułowej manufaktury, jak wplatasz w swoją twórczość wątki miejsko-industrialne?

Te wątki pojawiają się w niej właściwie od samego początku, bo taka rzeczywistość zawsze mnie otaczała. W dzieciństwie mieszkałem przy Stoczni Gdyńskiej, mój widok z okna to Stocznia z dźwigami po lewej i wielki komin elektrociepłowni po prawej. Całe moje towarzystwo, koledzy i koleżanki, też było związane ze Stocznią. Odwiedzałem to miejsce z tatą jak byłem mały, przychodziłem do niego do pracy. To wszystko zostaje w głowie. Po latach w pewien sposób wróciłem do Stoczni Gdańskiej, będąc częstym gościem w Kolonii Artystów. To był swojego rodzaju powrót do młodości, to wędrowanie, zwiedzanie tych wszystkich pustostanów, pomieszczeń, urządzeń. Dziś miejsce to traktuję też jako symbol upadku przemysłu stoczniowego.

m-city, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

W Szczecinie na Akademii Sztuki prowadzisz własną Pracownię Obrazu i Street Artu, wcześniej przez sześć lat pracowałeś w ASP w Gdańsku. Jak Twoje doświadczenia dydaktyczne wpływają na Twoją twórczość? I też w drugą stronę, jak Twoja twórczość wypływa na to, jakim jesteś nauczycielem?

Przekazuję studentom to, czego się dowiedziałem przez wiele lat działania w przestrzeni publicznej, uczestnictwa w wystawach i funkcjonowania w tym streetartowym nurcie. Jednocześnie mogę ich też ostrzec przed różnymi sytuacjami, w które można pochopnie wejść. Paca z młodymi daje niesamowitą energię, satysfakcję, że jestem w stanie nakręcić kogoś, a ten ktoś jest w stanie również mnie nakręcić na pewne sytuacje. Generalnie bycie równocześnie czynnym artystą i praca na uczelni jest zarówno fajne, jak i niefajne. Bo my, jako nauczyciele, często sprzedajemy studentom nasze pomysły i potem zazwyczaj widzimy je zrealizowane. Zwykle, gdy  pracuję ze studentami, nagle coś mi wpada do głowy i właściwie nie mogę tego użyć, bo na przykład taki pomysł realizuje już mój student. Ta sytuacja odbywa się na zasadzie pracy artysty z artystą i wzajemnych inspiracji.

m-city, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Dlaczego zdecydowałeś się tak bardzo eksplorować technikę szablonu?

Szablon jest techniką, w której pracuję, ale nie jest on celem samym w sobie. Jest po prostu pomocą, procesem w trakcie pracy. Na swój sposób upodobałem go sobie, ponieważ z wykształcenia i zamiłowania jestem grafikiem i wszystkie prace czarno-białe, linoryty, miedzioryty, ilustracje, komiksy są tym, co interesuje mnie na równi z szablonem. Przenoszenie za jego pomocą prac na mury jest swojego rodzaju finałem tych zainteresowań.

m-city, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Jest to technika przypisana raczej do małych form, a Ty wykorzystujesz ją też w bardzo dużej skali.

Tak. Na początku obserwowałem i powielałem małe formy wywodzące się z kultury punkowej, anarchistycznej, wolnościowej. Owszem, szablon jest techniką dość zamkniętą – jeżeli już go wytniemy, to nie możemy zmienić jego rozmiaru. Jeżeli jest wycięty w formacie na przykład 20 x 20 centymetrów, a jesteś przed ścianą, która ma cztery piętra, jesteś w stanie na niej odbić tylko ten niewielki szablonowy stempelek czy znaczek pocztowy. Jednak w 2004 roku powstała idea nieograniczania szablonu, która polega na tym, że z większej ilości szablonów zaczynamy budować całą kompozycję. Wtedy też rozmiar ściany zupełnie przestaje mieć znaczenie.

m-city, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Czy mógłbyś podsumować jak Twój styl ewoluował przez 12 lat prowadzenia projektu m- city?

Trudno powiedzieć, czy to jest jeszcze projekt m-city, bo w sumie ten etap już minął. Ale nazwa projektu, czy ksywa (zwał jak zwał), jednak gdzieś zostaje i dalej się nią posługuję, mimo że moje nowe prace nie są spójne z tymi początkami. Ewolucja była taka, że najpierw były to właśnie małe obiekty, powycinane domki, które ja, bądź też inni, odbijaliśmy. Ważne było, że w tych realizacjach początkowo uczestniczyły inne osoby. „Domki” były więc specjalnie zaprojektowane pod konkretne osoby, instytucje, organizacje, które były do tego projektu zapraszane. Sterowałem kształtem całego przedsięwzięcia, ale współuczestnicy wypełniali je swoim działaniem, które dzięki temu można nazwać zbiorowym. Z czasem pojawiły się różne wielkości kompozycji. Potem zaczęło się odchodzenie od tej charakterystycznej, izometrycznej i dość sztywnej perspektywy. Wszystko zaczęło się jakby przewracać. Później zwróciłem się w kierunku zupełnie dwuwymiarowych rzeczy, z typowo egipską perspektywą. Doszedłem w końcu do kompozycji zbudowanych na jednej ilustracji, z lekkim powrotem do sztywności szablonu, gdzie widać, że jest to jednak skrojone pod konkretną ścianę w dużej skali. 

m-city, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Czy spotykasz się z łatką artysty wyłącznie streetartowego, bo w końcu największą popularność przyniosły ci murale?

Przez to wszystko, co się wydarzyło w świecie street artu, ta łatka stała się bardzo negatywna.

To, że nie jestem wyłącznie twórcą murali, uwiarygadnia na przykład moja wieloletnia praca na uczelni, ale i wszystkie moje wielkoskalowe realizacje obiektowe. Sprawiają mi one więcej satysfakcji niż kolejna ściana z muralem, którą w jakiś sposób mogę już robić z automatu.

Czy mógłbyś najpierw opowiedzieć o Transformerze?

W ramach Festiwalu Alternativa w 2011 roku stworzyłem obiekt, który został nazwany Transformerem. W pierwszym roku był robotem, który leżał sobie w głównej hali Stoczni Gdańskiej i po prostu czekał. Z jeden strony wszystko się w tym miejscu już wydarzyło i właściwie nie ma już na co czekać, z drugiej strony być może robot się jeszcze podniesie, a na razie trwa w takim zawieszeniu. W kolejnym roku przekształcił się w statek. Tak więc była to dwuletnia praca o przekształceniu, transformacji – w odniesieniu do Stoczni.

Mariusz Waras, Transformer, fot. dzięki uprzejmości artysty

W Biskupiej Górce stworzyłeś instalację site-specific Portal wykorzystując fotografię wydrukowaną na banerze.

Ta praca wynika z tego, że dobrze znam Biskupią Górkę, bo mieszkam niedaleko. Zdaję sobie sprawę, że proponowanie tam murali jest w tym kontekście pozbawione sensu. Takie stałe realizacje nie wpisałyby się w zachowaną przedwojenną zabudowę, która nie była remontowana praktycznie od wojny i po prostu się rozpada. Potrzebuje więc raczej klasycznego remontu, a nie ozdabiania. Biskupia Górka, mimo że jest w samym centrum miasta, jest jakby trochę odizolowana, bo odgrodzona główną trasą kolejową i drogą szybkiego ruchu. Tam się raczej nie zagląda, tam nawet turyści nie chodzą. Jest to zakątek nie tylko nieodwiedzany, a przeważnie po prostu omijany. Moja instalacja stanowiła „przejście” przez tą kamienicę ze świata centrum miasta do tego zamkniętego Królestwa, które było tematem przewodnim festiwalu NARRACJE. Powstała przez wydruk fotomontażu nieistniejącej kamienicy na banerze, co zresztą traktuję jako medium bliskie malowaniu ścian.

Mariusz Waras, Portal, fot. dzięki uprzejmości artysty

Podczas innego festiwalu, czyli Out of Something we Wrocławiu w 2010 roku, stworzyłeś nadmuchiwane obiekty pneumatyczne.

To były dmuchane, ulotne, balonikowe obiekty, które, jeśli je przebić, od razu się rozpadają. Było to też nawiązanie do rzeczy, które wcześniej robiłem na murach, czyli wielkiego buldożera, który spycha miasto, popycha sobie fabrykę, domy i samochód, które na zasadzie takich jakby zabawek symbolizują miejsca pracy, mieszkania, przemieszczania się. Spychacz jest potworem, który to wszystko niszczy. Jest takim międzynarodowym symbolem przemian w mieście, gentryfikacji. Jednocześnie jest przedstawiony w formie dmuchanego obiektu, który najczęściej kojarzy się z placem zabaw i tak jest też odbierany. Można było sobie nawet po nim poskakać. Najczęściej osoby oglądające traktowały go jako zabawkę, o co też mi chodziło. Dmuchany samochód jest naturalnych rozmiarów, mogą do niego wsiąść cztery osoby. Z kolei dom jest wielkości dużego namiotu, a fabryka ma cztery albo pięć metrów wysokości.

Mariusz Waras, Obiekty pneumatyczne, fot. dzięki uprzejmości artysty

Kwestię pracy podejmowała też Fabryka w Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu w Toruniu. Jak pracowało Ci się z dźwiękiem? I jakie stawiasz w tej pracy diagnozy dotyczące pracy i uprzemysłowienia?

Założeniem było, żeby fabryka żyła poprzez dźwięk. Moja część, czyli obiekt, był produkowany dwa miesiące, a dźwięki Arszyna (Krzysztofa Topolskiego, muzyka eksperymentalnego – przyp.) usłyszałem w słuchawkach tak naprawdę dzień przed otwarciem. Ale mimo że byliśmy w zasadzie odseparowani, to wiedzieliśmy, jakie są założenia. Na początku przedmioty znajdujące się w środku fabryki miały się poruszać i miało się po nich chodzić, ale z powodów budżetowych i technologicznych z wielu rzeczy zrezygnowaliśmy. Sama fabryka miała też być trochę bardziej rozbudowana i wyższa. W projekcie na szczęście brał też udział architekt, który te wszystkie dziwne pomysły urealniał. Więc ten projekt można porównać do prawdziwej budowy domu, urządzenia czy właśnie fabryki. 

Mariusz Waras, Fabryka, fot. dzięki uprzejmości artysty

Pozostając jeszcze w temacie instalacji, chciałam zapytać też o kontekst miejsca, ale również o cel umieszczenia instalacji Katoplastikon w Katowicach.

To była praca z czterema studentami w ramach Katowice Street Art Festival. Katoplastikon znajdował w podwórku, gdzie wszystko było praktycznie do wyburzenia. Stanął na środku tej przestrzeni. Były w niego powbijane rurki. Patrząc przez nie od środka, kadrowaliśmy przestrzeń w koło, gdzie było widać jakieś śmieci, fragmenty architektury, święty obrazek, który tam znaleźliśmy, graffiti. Studenci dorobili też swoje rzeczy. W sumie tych obrazów do zobaczenia było kilkadziesiąt.

Mariusz Waras, Katoplastikon, fot. dzięki uprzejmości artysty

One były trochę widoczne, trochę niewidoczne, zależy, jak się przez te rurki patrzyło. Ciekawą historią jest również to, że mniej więcej po miesiącu w Katoplastikonie zamieszkali na jakiś czas bezdomni. Podobno zakryli go sobie daszkiem. To też jest super fajna rzecz dla studentów, że ich instalacja, niejako przez przypadek, jeszcze komuś posłużyła w zupełnie innym od zakładanego, ale absolutnie podstawowym celu, jakim jest mieszkanie.

Mariusz Waras, Katoplastikon, fot. dzięki uprzejmości artysty

Kolekcjonujesz polską sztukę ulicy.

Gromadzenie przedmiotów do tej kolekcji polegało na tym, że tworzyłem niedużej wielkości obrazki wspólnie z artystami z całego świata, których to spotykałem podczas podróży. Tak więc ta kolekcja jest bardzo prywatna, zupełnie nieaukcyjna czy galeryjna. Traktuję ją trochę jak rodzaj pamiętnika.

Kiedyś też prowadziłem portal, na którym archiwizowałem przeróżne zdjęcia szablonów, prac z ulicy, ale i wykorzystania szablonów w różnych mediach. To było parę tysięcy zdjęć z różnych miejsc. Miałem na przykład zdjęcia kilkudziesięciu naszywek stworzonych przy użyciu szablonów przez punkowe distra  (distro – pojęcie z dziedziny muzyki i sceny undergroundowej; oznacza niezarejestrowany obrót handlowy undergroundowymi nagraniami i gadżetami – przyp.), wzory plakatów, dekoracji, między innymi projekty z szablonu robione na specjalnych wałkach. 

Czy z perspektywy współtwórcy i obserwatora mógłbyś powiedzieć jak postrzegasz street art i muralizm w Polsce?

Jest źle z tym wszystkim i sam jestem trochę winny tej sytuacji. Nastąpiło jakieś poplątanie różnych okoliczności i zdarzeń. W jednym worku mamy obecnie street art, graffiti, murale artystyczne i na zamówienie, reklamowe i tak dalej. Festiwale street artu otwierają drogę artystom do wielkich realizacji, ale równolegle zamknęły im drogę do sztuki współczesnej.

Obecne festiwale, na przykład łódzki Urban Forms, to poszukiwanie rekordów na zasadzie większa ściana, podwójna, najdłuższa itd. oraz obracanie się w sferze czystej dekoracji i masowej rozrywki. Pamiętam jego początki, kiedy pomysły wychodziły bardziej od samych twórców i przy tych pierwszych festiwalowych realizacjach czuć było więź z organizatorem wywodzącym się samego środowiska artystycznego. W tej chwili to działa bardziej na zasadzie publicznych zamówień. Powoli ilość murali zbliża się do ilości banerów, reklam. Coraz rzadziej niosą ze sobą jakąkolwiek wartość artystyczną. Myślę też, że osoby zajmujące się street artem powoli przestaje interesować malowanie murali. To pole przejmują firmy malujące reklamy i realizacje konkursowe.

A często odmawiasz propozycjom?

W zasadzie tak. Przyjmuję fajne propozycje, no i lubię podróżować, zmieniać otoczenie. Natomiast w Polsce w tej chwili najczęściej odmawiam. Zresztą propozycje, które dostaję, są dość dziwne – upamiętnienie jakiejś osoby, rocznica wstąpienia do Unii Europejskiej, konkurs filmu patriotycznego. Ludzie, którzy to zlecają, tak naprawdę szukają plakatu czy ilustracji do pewnych idei. I chyba też nie do końca wiedzą, czym się zajmuję, bo gdyby się z tym zaznajomili, to może by mi nie zadali pytania o, na przykład, namalowanie postaci historycznej.

Chciałam zapytać o przedstawienie ministra Glińskiego jako faraona i ministra Szyszko z porożem na głowie. To komentowanie na bieżąco rzeczywistości politycznej wydaje się dość rzadkie, szczególnie w polskim muralizmie.

To nie są moje pierwsze takie realizacje. Kiedyś już podobne tematy poruszałem, ale tak bardziej po cichu. Większość tego typu realizacji powstaje w najbliższym otoczeniu mojej pracowni znajdującej się w miejscu powołanym do życia przez samych artystów z ich własnych środków.

Mariusz Waras, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Tak więc to miejsce sprzyja tego rodzaju realizacjom. To sytuacja całkowicie prywatna i pozafestiwalowa i jeśli mówimy o politycznym nurcie street artu, to można powiedzieć, że nawet pierwotna. A że tego rodzaju działania nie są popularne? Może będą, bo obecna władza jednak bardziej niż inne sprzyja różnym reakcjom. Wydaje mi się też, że street art zaangażowany politycznie był zawsze obecny, tylko został jak gdyby przykryty tym monumentalizmem i festiwalowymi realizacjami. Jest go mniej niż na początku lat 90., ale cały czas można znaleźć ciekawe hasła na murach polskich miast.

Mariusz Waras, mural, fot. dzięki uprzejmości artysty

Rzeczywiście ostatnio stawiasz przygnębiające diagnozy jeśli chodzi choćby o murale.

Od jakiegoś czasu robię transparenty z różnymi napisami, które dotykają między innymi tematu murali. W Katowicach powstał dość duży baner Pokój ścianom, wojna muralom. Mimo że nie był wpisany w program katowickiego festiwalu, to kiedy go tworzyłem, było już wiadomo, że to jest ostatnia muralowa edycja Katowice Street Art Festiwal. Stało się więc to swojego rodzaju podsumowaniem jego działalności i tego, że twórcy i organizatorzy festiwalu z tych murali wyrośli i sami zauważyli, że kolorowanie miasta przestaje mieć już sens. Innym transparentem był Zakaz muralowania, który powisiał tylko dwie godziny na jednym z festiwali i pozostały tylko jego zdjęcia. Te napisy są słowem krytycznym od osoby, która jest tej całej sytuacji mocno winna. Mimo wszystko mój głos trafia raczej do środowiska, a nie dociera do decydentów, urzędników czy kuratorów, którzy proponują kolejne muralistyczne realizacje.

Mariusz Waras, baner, fot. dzięki uprzejmości artysty

A w jakie nowe rejony i media chcesz się zagłębiać dalej w swojej twórczości?

Chciałbym posiedzieć przez jakiś dłuższy czas na miejscu, coś podłubać w pracowni albo skupić na ilustracjach i obrazach. Coś, co nie będzie miało bezpośrednich konotacji ze street artem, żeby broniło się samo przez się bez potrzeby tłumaczenia go muralami. Mam też w planach jakieś małe ruchome obiekty. No i są te ściany w pracowni, które w koło przemalowuję. To jest działanie, trochę zaprzeczające tendencji, że mural to taka rzecz święta, że jak się raz pomaluje, to jest. Mimo że praca ma świetny odbiór i może być mekką dla turystów i żelaznym punktem na wycieczkach rowerowych czy meleksowych, a miasto się chwali nią w folderach, to ty możesz to po prostu zamalować i zrobić coś zupełnie nowego.

Mariusz Waras, baner, fot. dzięki uprzejmości artysty

Gdańsk, 2016