Dolne Miasto zmian. Niefestiwal Miasto i Sztuka

Mariusz Waras: Fotobudka. Fot. dzięki uprzejmości organizatora

Niefestiwal, trwający od 19 do 28 lipca, z założenia miał być przedsięwzięciem niespektakularnym, które nie chce konkurować z innymi letnimi atrakcjami. Powstałe dzieła sztuki miały przez dziesięć dni „wypróbowywać” się w dialogu z Dolnym Miastem i Gdańskiem. Pilotażowa edycja przyjęła hasło „Moja wolność”, co zbiegło się z obchodami Roku Wolności i Solidarności. Ponad dwudziestu zaproszonych artystów i artystek miało za zadanie opowiedzieć o swoim rozumieniu wolności – słowa, osobistej, artystycznej.

„Kolejny monitoring? A po co te kamery wszędzie?” – zastanawiało się na głos dwoje przechodniów na dolnomiejskim bulwarze nad Motławą. Nie wiadomo, czy wiedzieli, że odbywa się tu festiwal sztuki w przestrzeni publicznej i ustawiony na brzegu budowlany kontener jest jednym z eksponatów. W jego środku dostrzegli pogrążonego w mroku strażnika wpatrującego się w liczne ekrany. Nic więc dziwnego, że skojarzyli obiekt z budką firmy ochroniarskiej, czyli kolejnym punktem kontrolnym roztaczającym swoją panoptikonową wszechobecność na całą okolicę. Strażnik nie obserwował jednak grodzonych osiedli czy inwestycji deweloperskich. Na ekranach można było dostrzec fragmenty Dolnego Miasta sfilmowane przez lokalną młodzież, która tym samym poddała swoją dzielnicę pod naszą obserwację.

Pojawienie się kontenerów w przestrzeni miejskiej stanowi zwykle zapowiedź nieuchronnej zmiany. Jeśli zobaczysz podobną budkę w swojej okolicy, wiedz, że coś się dzieje. Prawdopodobnie zostaniesz postawiony w obliczu tajemniczych sił, które wymuszą jakąś przemianę – będziesz z niej zadowolony lub nie, ale najpewniej niewiele będziesz mógł już zrobić. Podobno mieszkańcy ulicy Chłodnej, przy której stanął inny festiwalowy kontener, zaniepokojeni dzwonili z pytaniem o losy ich podwórka – co tu się będzie działo, co nowego wybudują?

„Fotobudka” Mariusza Warasa pojawiła się znienacka, jakby umocowana tu przez wielki portowy dźwig. Instalacja stanęła na symbolicznej granicy starej i nowej dzielnicy, po drugiej stronie Motławy wyrosło już mrowie osiedli i apartamentowców. Nie bez powodu jest pierwszym numerem na mapie realizacji Niefestiwalu Miasto i Sztuka, który organizuje Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Jej milcząca i niepokojąca obecność sygnalizuje wiele wątków specyficznych dla Dolnego Miasta i podobnych dzielnic w innych miastach. Ta część gdańskiego Śródmieścia, odcięta od niego Podwalem Przedmiejskim, przechodzi obecnie gruntowną przemianę i jest poddawana procesom rewitalizacyjnym. Napotkamy tutaj opuszczone kamienice, niszczejące mury i podwórka, odnowione place i budynki oraz nowe inwestycje. To przestrzeń nie tylko modernizująca się, ale i narażona na procesy gentryfikacji, komercjalizacji, prywatyzacji, kształtująca się i negocjowana. Właśnie o ten moment zmiany charakteru tej części miasta pyta Waras. Jego budka jest także metaforą dylematów, z których muszą sobie zdawać sprawę organizatorzy festiwalu i pracownicy Łaźni. Bo jeśli kontener najpewniej zwiastuje zmianę, to działania artystyczne w zaniedbanych czy zapomnianych częściach miasta najczęściej wyprzedzają nadchodzącą gentryfikację.

Łaźnia jednak nigdy nie uciekała od tych tematów, konsekwentnie pracując ze społecznością lokalną w przestrzeni dzielnicy. Sztuka i animacja były w jej podejściu akuszerkami, które pragną przeprowadzać mieszkańców Dolnego Miasta przez transformację przestrzenną i społeczną. Instytucja podejmuje autorefleksję, realizując badania, organizując panele i wydając publikacje. Kuratorki niedawnej wystawy „Archiwum vol. 1 Kontekst Lokalny”, podsumowującej działalność artystyczną Łaźni w przestrzeni publicznej ostatnich dwudziestu lat, zachęcały do rozmowy o bardziej lub mniej satysfakcjonujących relacjach sztuki z rewitalizacją, gentryfikacją i partycypacją. Skoro więc doświadczenia instytucji na tym polu są tak bogate, przepracowane między innymi przez program Galerii Zewnętrznej Miasta Gdańsk oraz liczne artystyczne i edukacyjne działania, pierwsza edycja cyklicznego Niefestiwalu powinna je co najmniej wzmacniać, jeśli nie rozwijać. Czy tak się stało?

Niefestiwal, trwający od 19 do 28 lipca, z założenia miał być przedsięwzięciem niespektakularnym, które nie chce konkurować z innymi letnimi atrakcjami. I rzeczywiście, w Gdańsku podczas festiwalowych dni panowała kameralna, niemal piknikowa atmosfera, a organizatorzy zaprosili mieszkańców dzielnicy i przyjezdnych do wielu lokalnych przestrzeni, między innymi ogrodu społecznego i placu przy Centrum Reduta. Powstałe dzieła sztuki miały przez dziesięć dni „wypróbowywać” się w dialogu z Dolnym Miastem i Gdańskiem. Pilotażowa edycja przyjęła też hasło „Moja wolność”, co zbiegło się z obchodami Roku Wolności i Solidarności, które miasto organizowało z okazji rocznicy 1989 roku. Ponad dwudziestu zaproszonych artystów i artystek miało za zadanie opowiedzieć o swoim rozumieniu wolności – słowa, osobistej, artystycznej.

 

Kwiaty, boombox i tożsamość

Aż cztery prace odniosły się do motywu kwiatowego. Luka Rayski, inspirowany poematem „Kwiaty polskie”, stworzonym przez przebywającego na emigracji Tuwima, zaprojektował papier do pakowania kwiatów. Można go było pobrać w lokalnej kwiaciarni, a potem na przykład wręczyć komuś wraz z bukietem. Praca tym samym rozprzestrzeniła się po dzielnicy, podawana „z rąk do rąk” w geście równości i solidarności. Mirella von Chrupek wybrała odcięty kratami przesmyk ukryty w podwórku Królewskiej Fabryki Karabinów. W ruinach i mroku rozkwitły tu jej wielkie, wykonane z pianki kwiaty. Wzbijając się ku górze, manifestują przekonanie artystki, że wolność możliwa jest na przekór trudnym warunkom i zewnętrznym ograniczeniom, jednak tylko dzięki samoświadomości i akceptacji siebie. Marcin Janusz, zainspirowany słynną fotografią stoczniowców walczących o wolność, przedstawił ich w sposób anonimowy, pozbawionych twarzy. Na pierwszym planie jego obrazu znajdują się kwiaty, przywołujące ukwieconą Bramę Stoczni Gdańskiej im. Lenina podczas strajków w sierpniu 1980 roku.

W końcu kolejna „wędrująca” praca – obraz Alicji Białej, przedstawiający zomowców atakujących nie tłum, a białe róże. „Róża” to jedna z prac z cyklu Polska bez obrazy nawiązującego do obchodów stulecia odzyskania niepodległości. W jego ramach kilka obrazów artystki podróżowało po ponad dwustu domach w Polsce, Berlinie i Skandynawii. W Gdańsku ich podróż ograniczyła się jednak do kilku wybranych lokalizacji (m.in. w Inkubatora Sąsiedzkiej Energii, mieszkania poety Antoniego Pawlaka i mieszkania artystów Kory Kowalskiej i Sebastiana Szyszko). Wielka szkoda, że obraz nie zawitał bardziej spontanicznie do domów mieszkańców Dolnego Miasta o mniej znanych nazwiskach, co leżało u podstaw projektu artystki. Bo może dzięki temu poznalibyśmy lepiej mieszkańców Dolnego Miasta? Chciałoby się, szczególnie będąc przyjezdnym, przedrzeć przez ich anonimowość, a nie spotykać tylko w czasie koncertów i warsztatów. Co mają do powiedzenia o tych wszystkich wydarzeniach, które dzieją się na ich podwórku? Ten niedosyt częściowo wypełniły dwa projekty, które, co znamienne, były realizowane już wcześniej, a na festiwalu zyskały kolejną odsłonę.

„Biografia” to kontynuacja projektu realizowanego we współpracy ukraińskiej Open Group i lwowskiego artysty Yuriya Sokolova. W skrócie polega on na dzieleniu się swoją biografią, która jest następnie odczytywana w przestrzeni miasta, transmitowana do festiwalowego kontenera i jego najbliższej okolicy oraz symultanicznie zapisywana na długiej białej szpuli. Biografie chętnych do włączenia się w projekt dołączyły do ponad czterystu wcześniej zebranych przez grupę zapisów. Projekt dowartościowuje każdą z nich, pozwalając jej efemerycznie wybrzmieć w mieście, ale też zapisać się na trwałe w analogowej pamięci szpuli. Każda opowieść i refleksja jest tu równie ważna, każdej przypisana jest wolność treści i formy – obok siebie zapisywane są biografie na jedną czy kilka stron, w różnych językach, narysowane, przetworzone, zmyślone czy futurologiczne. Jakie są historie mieszkańców Dolnego Miasta? Czy podzielili się swoimi biografiami?

Drugi projekt to „Arbuz with Refugees”, mobilne studio nagraniowe realizowane przez Honoratę Martin, Piotra Martina, Aurorę Lubos i Zosię Martin. W Arbuzie (od art-busa), można było poznać rozpoczętą prawie dwa lata temu we włoskiej Kalabrii inicjatywę wspierania uchodźców i imigrantów. Ta spontaniczna akcja nagrywania muzyki i teledysków rozpoczęła się właściwie dzięki pomysłowości i energii młodzieży z obozu na południu Włoch. Pierwszy klip powstał na kamerze z supermarketu i pożyczonym boomboxie. Dla artystów najważniejsze w tym projekcie jest pomóc osobom, które marzą o wolności i bardzo często czekają na nią w niewiedzy i wymuszonej bezczynności. Pomagają, jak potrafią, prostymi środkami: „muzyka chyba najbardziej pozwala zapomnieć, oderwać się, zaprasza” – opowiadała Honorata Martin. Wkrótce studio nagrań ma się przenieść do docelowego, wyposażonego w sprzęt do nagrywania autobusu, na który artyści cały czas zbierają środki. Mobilna formuła również wpisuje się w oddolny, czujny charakter przedsięwzięcia – „Arbuz” może szybko reagować, niezależnie od realiów, czasów i miejsca. Za jego kierownicą może usiąść ten, kto gotowy jest poświęcić swój czas i odpowiedzieć na bieżące potrzeby ludzi w różnych krajach.

Kolejny kontener „Gdania” to szkatułka do rozszyfrowywania realizowana przez niezwiązanych z Gdańskiem Adę Zielińską, Marcina Janusza i Pawła Włodarskiego pod kuratelą Marcina Różyca. Poszukuje on nowej gdańskiej tożsamości, odwołując się do bogatej historii miasta i spoglądając na jego współczesność. Każda z prac, łącznie z performansem Justyny Górowskiej, pozwala konstruować i rekonstruować wyobrażenia o mieście, stawiając nas w obliczu symboli, personifikacji, ikonicznych dzieł, obrazów i artefaktów. Bohaterami poszczególnych prac są stoczniowcy, kibice Lechii oraz kobiety, najczęściej pomijane w opowieści o walce o niepodległość Polski. „Gdania”, bogato inkrustowana sensami i wielogłosowa, wydaje się jednak jakby odcięta od przestrzeni swojej ekspozycji. To koncept galeryjny, który zamknięty w kontenerze ogląda się dosłownie i w przenośni jedynie „przez szybę”. I tak jak jej fizyczna obecność nie przekonuje, to jej siłę stanowi proste skojarzenie, że to Gdańsk jest personifikacją tytułowej wolności.

Subwersywną i diagnostyczną względem współczesności interpretację hasła „wolność” zaproponował Filip Ignatowicz. Jego realizacja wyszła poza Dolne Miasto, zapraszając do klubu 100cznia. Powstał tu sklepik Fignacy Freedom, sprzedający wolność w wydizajnowanym opakowaniu. Nowe pamiątki z Gdańska to między innymi transparent protestacyjny z Ikea, opakowanie na banana, najpewniej tego z Muzeum Narodowego w Warszawie (by z owocem nie musieli mierzyć się ci, których mógłby zgorszyć), płatki śniadanie firmy Solidarity z motywem białego orła w koronie na pudełku i napój o smaku wolności – Freedom Cola, nawiązująca do jubileuszowych butelek tego potentata wypuszczonych przy okazji obchodów dwudziestopięciolecia wolności. Artysta z gracją flirtuje swoją sklepikową ekspozycją z mechanizmami urynkowienia, sprzedaży i konsumpcji, którym, jak wszystko inne, podlega i wolność, i sztuka.

Mniej konsekracji sztuki

Założeniem Niefestiwalu były efemeryczne interwencje w przestrzeni publicznej. Wyjątek stanowił mural powstały we współpracy Agaty Królak z Piotrem Szwabe na zdegradowanej fasadzie siedziby Centrum Reduta. Miał on pozostać jedynym trwałym elementem pofestiwalowym, nowym dziełem sztuki dla dzielnicy. Kolorowy, lekki, wykonany w ramach otwartej pracowni malunek odmienił fasadę ważnego dla społeczności lokalnej miejsca, jednak trudno znaleźć uzasadnienie tego gestu w ideowych i tematycznych założeniach festiwalu. Kontynuacja trendu zakładającego, że każde wydarzenie w przestrzeni publicznej jest dookreślone malowidłem wielkoformatowym, a kolektywną pracę najlepiej wykonywać przy ścianie, wydaje się już mocno wyeksploatowane.

Niefestiwal wypowiada się na temat wolności w niespokojnych i pełnym geopolitycznych wstrząsów czasach. Gdzie najlepiej mówić o różnorodności postaw i przekonań, jeśli nie w przestrzeni publicznej? Gdańsk wydaje się do takich realizacji miejscem idealnym, to miasto od początków swego istnienia wielokulturowe, w którym sztuka w przestrzeni publicznej, legalna i nielegalna, ma długie tradycje. Pisze o tym Marek Krajewski w swoim tekście „Street art i władze(a) miasta”. Przywoływane przez niego gdańskie realizacje, takie jak graffiti wzdłuż torów kolejki SKM czy murale na Zaspie, „silnie odwołują się do lokalnych tożsamości i próbują je wzmacniać, ale też piszą dla miasta jego własną legendę”. Przekonuje również, że najlepsze efekty dla miasta przynosi wspieranie intuicji artystów i artystek poprzez oddawanie im przestrzeni, a nie tylko wyznaczonych dla pracy twórczej enklaw. Niekrzykliwy gdański festiwal stara się podążać tą drogą. Artyści sami wybierali miejsca realizacji swoich prac i autorsko odnosili do szeroko zarysowanego tematu. Wiele realizacji poradziłoby sobie jednak świetnie pozbawionych dolnomiejskiego kontekstu, w każdym innym miejscu miasta albo w murach instytucji sztuki. W moim odczuciu w tej akurat dzielnicy i momencie, festiwal mniej powinien konsekrować sztukę, a bardziej badać jej miasto- i wspólnototwórczy potencjał.

To jednak pierwsza, w szybkim tempie przygotowywana edycja. Na razie cel festiwalu nie jest dla mnie wyraźny. Czy służy animowaniu społeczności lokalnej? Czy chce wchodzić w dialog z rzeczywistością społeczną i polityczną, by opatrywać ją wyrazistym komentarzem? Czy chce wspomagać Łaźnię w poszukiwaniu nowego odbiorcy? Czy chce po prostu prezentować sztukę poza murami galerii, a może tworzyć dzieła site-specific? Chyba chce wszystkiego po trochę. Może więc zasadny jest podtytuł wydarzenia „Miasto i sztuka”, a jeszcze nie do końca „sztuka w (Dolnym) Mieście”. Być może potrzeba trochę czasu, by przy drugiej edycji wydarzenie wykorzystało w pełni swój potencjał społeczny i artystyczny, a przede wszystkim lepiej wprowadziło w relacje najbliższych kontekstów. Na to z ciekawością czekam.

 

Aleksandra Litorowicz
sierpień 2019