Kolory, w których ludzie czują się dobrze

fot. dzięki uprzejmości artystki

Rozmowa z
Katarzyną Przezwańską

Magda Grabowska: W Zielonej Górze przy pomocy żywych kolorów wydobyłaś kształty ornamentów umieszczonych na kamienicach. Odniosłaś się do historycznych tradycji użycia kolorów w architekturze, w tym do greckiej polichromii. Czy mogłabyś o tym opowiedzieć?

Katarzyna Przezwańska: To było z jednej strony wyciągnięcie znaczenia, czym rzeczywiście są te rzeźby na fasadach. Normalnie na co dzień widać, że jest jakaś dekoracja ale nie widać co to jest – a to jest w sumie zabawne i ciekawe, że nagle z budynku wyrasta głowa człowieka albo liście lub owoce. Takie oswajanie architektury. Z drugiej strony było to inspirowane polichromią starożytnej Grecji. Lubię myśleć o tym tak, że cała nasza kultura, historia sztuki jest oparta na micie białego, wyczyszczonego, ascetycznego antycznego piękna, podczas gdy w rzeczywistości było to bogactwo, przepych, krzykliwość i „zły smak”. Więc to zabawne, że w pewnym sensie nasza historia oparta jest na kłamstwie, na czymś czego nigdy nie było. 

Katarzyna Przezwańska, Zielona Góra, fot. dzięki uprzejmości artystki

Czy mogłabyś opisać w jaki sposób przygotowujesz się do pracy nad nowym projektem w przestrzeni publicznej?

Najpierw próbuje poznać jak najlepiej miejsce, do którego zostałam zaproszona. Zazwyczaj coś mnie przyciągnie, patrzę, czego mi tam brakuje itp. Zwykle mam też jakąś pierwszą myśl, intuicję, którą potem na wiele sposobów modyfikuję albo nawet całkiem od niej odchodzę ale koniec końców zwykle ona jest słuszna i do niej wracam. Czasem nie mam też dokładnego wpływu na miejsce, tak jak np. plac zabaw w Lublinie, który miał być gdzie indziej i w ostatniej chwili został przeniesiony z powodów formalnych. Albo w Zielonej Górze wybrałam sobie najpierw zupełnie inne płaskorzeźby. Później okazało się, że nie będzie zgody od miasta. Potem po długich negocjacjach i znalezieniu specjalnej konserwatorskiej, możliwej do usunięcia farby, w ostatniej chwili dostałam od konserwatora bardzo zawężoną listę, z której mogłam wybrać budynki, ale właściwie te co wybrałam, jako jedne z nielicznych z tej listy nadawały się do moich działań.

Katarzyna Przezwańska, Zielona Góra, fot. dzięki uprzejmości artystki

Jak poszukujesz właściwych kolorów?

To jest zwykle dość długi proces, który zależy od wielu czynników. Zazwyczaj wiem jak chcę, żeby coś wyglądało, ale żeby osiągnąć ten wyobrażony efekt, robię dużo próbek, obserwuję jak się zachowują w różnym świetle. Inaczej jest we wnętrzu, inaczej na zewnątrz. Zawsze staram się też zrobić makietę – to jest moje ulubione narzędzie pracy – daje najwięcej kontroli i najlepsze wyobrażenie jak to naprawdę będzie wyglądać.

Katarzyna Przezwańska, unnamed, fot. dzięki uprzejmości artystki

A aspekty techniczne? Twoje projekty są trudne w realizacji.

To zależy od pracy – często mam zupełnie różniące się od siebie projekty i za każdym razem potrzeba innego rozwiązania technicznego – zazwyczaj niestandardowego. Konsultuję się z jak największą ilością osób. Z firmami od farb, stolarzami, ślusarzami itp. albo radzę się znajomych architektów czy wykonawców. To jest trochę jak rozwiązywanie skomplikowanego zadania matematycznego – trzeba spasować wiele elementów – coś jest za drogie, coś nie ma odpowiedniej palety kolorów, coś nie jest wystarczająco wytrzymałe itp. Ponieważ są to nietypowe zastosowania, różne kombinacje, muszę trafić na ludzi, którzy będą się w stanie na to otworzyć. Ale po latach mam już wypracowane kontakty i wiem do kogo i z czym się zwrócić.

Katarzyna Przezwańska, Kula, fot. dzięki uprzejmości artystki

Czy obserwujesz, co dzieje się z Twoimi pracami w przestrzeni publicznej po jakimś czasie? Czy się brudzą, czy są zamalowywane? Czy zmienia to ideę zawartą w tych Twoich interwencjach kolorystycznych?

Staram się w miarę możliwości obserwować. Traktuję to jako naukę na przyszłość – co i jak się starzeje, które kolory bardziej blakną, jakie materiały się sprawdzają w danym środowisku itp. Jest jedna praca, która wymaga renowacji – Kula w Katowicach – ale prawdopodobnie nie uda się tego przeprowadzić. Jest plac zabaw w Lublinie, który ma zostać na stałe. Na razie, z tego co wiem, dobrze się trzyma. Myślę, że za jakiś czas będzie wymagał podmalowania metalowych elementów, ale nie powinno to stanowić problemu, bo opiekuje się nim Ośrodek Rozdroża w Lublinie. Oczywiście nie zmienia to radykalnie zawartej idei – to są jakieś detale, które ja widzę i mi przeszkadzają i wiem, że w ogólnym odbiorze pracy nie ma to większego znaczenia. Chyba, że już naprawdę są mocno zniszczone, bo też naturalne jest, że o rzeczy w przestrzeni publicznej trzeba dbać – obojętnie czy to jest ławka, fasada, samochód czy rzeźba.

Katarzyna Przezwańska, Kula, fot. dzięki uprzejmości artystki

Wspomniałaś, że w Katowicach pracowałaś z betonem. Jak ci się pracowało z tym wymagającym tworzywem? Maurycy Gomulicki po realizacji ponad dwudziestodwutonowego Ślizgu nad Wisłą powiedział, że beton uczy pokory. Czy się z nim zgadzasz?

Zgadzam się. Moją pracę (Kula – przyp.) produkowała zresztą ta sama firma, która odpowiadała za Ślizg. Przy tego typu projekcie jest wiele czynników, które wymagają koordynacji kilku podmiotów. Zdarzają się różne rzeczy nieprzewidziane i trzeba się pogodzić z tym, że nie ma się nad wszystkim stuprocentowej kontroli. W tym przypadku miał to być prosty wykonawczo projekt i początkowo nic nie zapowiadało problemów. Potem jednak, tuż przed terminem realizacji, okazało się, że ta prosta metoda jest za droga, więc trzeba kombinować inaczej. To z kolei spowodowało liczne opóźnienia, bo trzeba było zamówić inne materiały, co opóźniło zamówiony wcześniej specjalistyczny transport i datę montażu. Jak już dostarczono materiały, to znów trzeba było się bardzo spieszyć, żeby zdążyć z montażem przed nadchodzącymi mrozami. Dlatego są w wykonaniu pewne niestaranności i nie do końca jestem ze wszystkiego zadowolona. Ale Kula stoi i pewnie te niedociągnięcia tak bardzo nie przeszkadzają. Poza tym w związku z tą pracą odezwała się do mnie nauczycielka z jednej ze szkół w Katowicach, że chce na niej przeprowadzić lekcję geologii, co było dla mnie super miłe.

Katarzyna Przezwańska, Kula, fot. dzięki uprzejmości artystki

Ważną rolę w Twoich pracach pełni natura. Jak ją wykorzystujesz w swojej twórczości w przestrzeni?

Lubię używać „prawdziwych”, naturalnych materiałów jak np. kamienie – w kontrze do tego, że w dzisiejszym budownictwie jest dużo sztuczności, wszystko powinno być jak najbardziej wyrównane, gładź na ścianach, kolory neutralne. A ja lubię klepisko i nierówne ściany. I tak jak preferuję pomieszczenia, w których są rośliny, to również wolę przestrzenie w mieście, w których coś kojarzy mi się z naturą.

Np. na wspomnianej wcześniej Kuli w Katowicach jest umieszczonych 200 różnych minerałów. Ona stoi na takim skwerku, na którym przesiadują na ławkach starsi ludzie. Kojarzy mi się to z uzdrowiskiem. Lubię o tym myśleć jak o potężnym ładunku energetycznym – źródełku albo ognisku.

Kolory z kolei wprowadzają bardziej nieformalny, naturalny tryb. Ale ważne są proporcje między nimi – jest choćby wiele odcieni zieleni, które będą wyglądały nienaturalnie i nieprzyjemnie. Dla mnie punktem wyjście jest obserwacja i analiza jakiś konkretnych sytuacji krajobrazowych, czy to ze zdjęcia czy w rzeczywistości. Tak jak np. bardzo dosłownie w pracy Kolory w których ludzie czują się dobrze.

Katarzyna Przezwańska, bez tytułu, fot. dzięki uprzejmości artystki

W Parku Rzeźby na Bródnie wykorzystałaś kolory z otoczenia i zastosowałaś je tam, gdzie niszczeje materia parku przez upływ czasu i użytkowanie. Jakie było życie tego projektu?

Najpierw, gdy zostałam zaproszona do udziału w projekcie, dużo spacerowałam po tym parku. Właściwie nie znałam go wcześniej, więc miałam świeży ogląd. Chciałam zrobić pracę o tym, jak natura zawsze przerasta porządek wprowadzany przez człowieka. Ludzie poświęcają wiele czasu i energii, żeby wszystko przyciąć, wyrównać, a jakaś roślinka i tak zawsze znajdzie drogę wyjścia tam, gdzie człowiek nie chce, każdym możliwym otworem. Albo w początkowo równych ścieżkach pojawiają się spękania, które są świadectwem nieustannie operujących sił natury, ciągłych ruchów Ziemi. To był punkt startowy. Potem wybrałam te najatrakcyjniejsze i podkreśliłam je w różny sposób. Na początku myślałam, że będzie to projekt jednoroczny i że nie przetrwa zimy. Potem okazało się, że przez pierwsze dwa lata było nawet całkiem nieźle. Z czasem jednak kolory zaczęły schodzić lub blaknąć. Wielu ludzi takie szczeliny postrzega jako zniszczenie, które dyrekcja parku sukcesywnie stara się naprawiać, więc części rzeczy już nie ma, np. spękany hydrant został zabetonowany, roślinki powyrywane ze swoich obrysów. MSN jednak sprawuje nadzór konserwatorski nad tą pracą i dba o nią i te które zostały zostały odmalowane dwa lata temu. Myślę jednak, że mimo wszystko są skazane na powolne znikanie.

Katarzyna Przezwańska, Park Rzeźby na Bródnie w Warszawie, fot. dzięki uprzejmości artystki

A dobór kolorów?

Częściowo był wyciągnięty z kwitnących tam roślin – częściowo z otoczenia naturalnego, a częściowo z architektonicznego – okolicznych bloków. 

Katarzyna Przezwańska, Park Rzeźby na Bródnie w Warszawie, fot. dzięki uprzejmości artystki

A jakiego koloru użyłaś w niecce fontanny na dziedzińcu Muzeum Narodowego?

Dokładnie to kolor NCS 2050b60G. Miał to być kolor laguny, egzotycznej wody. Nie za niebieski, nie za zielony, nie za ciemny, nie za jasny itp. Należało brać pod uwagę także to, że jest w połysku, więc odbija niebo itp. Chciałam też, żeby podbijał kolor piaskowca, którym jest obłożone muzeum. I jakoś może intuicyjnie odprowadzał do środowiska naturalnego piaskowca-skały. Choć to już bardziej moje zaplecze niż coś istotnego w odbiorze tej pracy. Lubię też kontrast tej monumentalnej architektury z sensualną, tropikalną, błyszczącą taflą. Chciałam tym „zamknąć” dziedziniec – to bardzo dopełnia, podkreśla ten budynek. Ta niecka przez to, że jest na co dzień pusta, wprowadza niepokój i chaos i ujmuje tej architekturze – jest krzywa, szara, zwykle jest tam jakiś kawałek gruzu czy śmieć. Najprościej byłoby ją po prostu napełnić wodą, ale jest to na razie z przyczyn formalnych niemożliwe.

Katarzyna Przezwańska, Muzeum Narodowe w Warszawie, fot. Jędrzej Sokołowski

Pozostając przy architekturze, często odnosisz się do kwestii starzenia się architektury. Jaką metodę konserwacji zaproponowałabyś w ramach swoich metod działania w przestrzeni?

Zastanawiałam się nad tą kwestią, gdy robiłam łącznik w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Krążyłam wtedy wokół myśli, że z modernizmem istnieją dwie drogi. Można go wyburzyć albo odrestaurować na szaro lub na biało, jak to było oryginalnie. I że nie ma trzeciej drogi. To było ciekawe, że w poprzednich epokach, gdy przychodził nowy władca, wszystko było aktualizowane. Że w starych kościołach widać każdą nową epokę. Jest w tym coś odświeżającego, nowe otwarcie. To jest fajne, taki znak czasów. Byli też tacy, co podążali za tym za bardzo. Ale mi chodzi po prostu o bardziej swobodny stosunek do zabytku, a przez to mniej sztywną kulturę. Wydaje mi się, że gdy formy nie są zastałe raz na zawsze, to promieniuje na większe poczucie sprawczości. Tak jak przyjeżdżam do Krakowa i wszędzie są te stare kredensy wówczas mam poczucie, że jestem w potrzasku. Wydaje mi się, że to wszystko jest ze sobą jakoś połączone.

Katarzyna Przezwańska, Łącznik, fot. dzięki uprzejmości artystki

Chciałam jeszcze zapytać o instalację w Lublinie, połączenie placu zabaw dla dzieci z parkiem geologicznym. Skąd pomysł na wykorzystanie form, których tam użyłaś? Czy to pierwsza Twoja praca, z której można korzystać?

Chyba tak. To jest w ogóle teraz moja ulubiona ze wszystkich moich prac. I generalnie kierunek, który mnie ekscytuje. Pomysł wziął się stąd, że gdy zostałam zaproszona do udziału w tym festiwalu (Festiwal Sztuki w Przestrzeni Publicznej „Open City” w Lublinie – przyp.). Przebywałam akurat na rezydencji w Pradze, skąd często jeździłam na wycieczki po parkach skalnych. Tam z kolei spotykałam wiele rodzin z dziećmi, które obserwowałam no i wyszło na to, że jak dziecko widzi kamień to musi na niego wejść – taka atawistyczna potrzeba. Równolegle myślałam też dużo o placach zabaw w ogóle, że są one teraz zupełnie opuszczonymi fragmentami przestrzeni publicznej. Że są coraz brzydsze, coraz bardziej zuniformizowane i obwarowane atestami – np. cały czas obniżana jest dopuszczalna wysokość zjeżdżalni i wszystko prowadzi do tego, żeby wykreować sztuczne otoczenie, w którym na sto procent dziecko nic sobie złego nie zrobi, żeby nikt nikogo nie mógł pozwać. Tymczasem rdzenną ideą placu zabaw jest, że to jest miejsce, w którym dziecko poznaje świat i uczy się z nim obcować. Więc może czasem też zrobi sobie jakąś krzywdę. Tak więc mam wrażenie, że w większości dzisiejsze place zabaw nie spełniają swojej roli.

Katarzyna Przezwańska, Plac Zabaw, fot. dzięki uprzejmości artystki

Fajne jest też to, że kamień to jest w sumie prosta, dostępna i atrakcyjna rzecz prosto „z ziemi”. Podczas montażu dzieci podchodziły i pytały co to jest, taki wielki kamień. „Skąd to się wzięło? – Z ziemi. – Z ziemi, naprawdę? – Niemożliwe!” – kompletnie nie mogły w to uwierzyć.

Widziałaś, jak dzieci się tam bawią?

Tak, to było super, że zawsze jak tam przyjeżdżałam było dużo dzieci (chociaż zaraz obok jest ogrodzony, zwykły plac zabaw). Ale nie tylko dzieci – ponieważ nie ma jasno określonej funkcji, jednego scenariusza korzystania – przysiadają tam też dziadkowie czy nastolatki. Wydaje się, że ludzie lubią tam przebywać.

Katarzyna Przezwańska, Plac Zabaw, fot. dzięki uprzejmości artystki

 Warszawa 2016