Przyspieszony dwumiesięczny kurs bycia

fot. Monika Kozub, dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Rozmowa z
Honoratą Martin

Magda Grabowska: Przekraczasz własne granice – fizyczne lub emocjonalne. Czy stawiasz się w sytuacji próby i sprawdzasz, czy uda Ci się ją przejść? Czy przekraczasz też każdorazowo granice wstydu, cielesności?

Honorata Martin: Właściwie to niewiele mogę dodać, w tym pytaniu zawiera się już odpowiedź. Z przekroczeniem granicy wiąże się próba. Myślę, że dowiaduję się w ten sposób każdorazowo czegoś nowego o sobie i świecie. Tak jak małe dziecko, wszystkiego uczy się na nowo, wszystko jest ogromnym wyzwaniem, zagadką, co chwilę przekracza granice. 

Co dała Ci Twoja dwumiesięczna piesza wędrówka z Trójmiasta na Śląsk – Wyjście w Polskę?

Dała mi sporo zdjęć, nagrań video i rysunków. A bardziej serio, to bardzo dużo bardzo różnych momentów. Kumulacja strachu i radości, emocje na wysokim biegu na pewno pozwoliły mi nauczyć się sporo o sobie i innych. Przyspieszony dwumiesięczny kurs bycia.

Honorata Martin, O wyjściu w Polskę, fot. dzięki uprzejmości artystki

Honorata Martin, O wyjściu w Polskę, rys. dzięki uprzejmości artystki

Podczas NARRACJI miałaś bardzo otwarty pomysł: obecność na Biskupiej Górce, by bez scenariusza stworzyć ramę do działań z mieszkańcami. Jak ten proces przebiegał i jaki był efekt końcowy?

Nie nazwałabym tego do końca ramą do działań z mieszkańcami, bo takich działań raczej nie było – tak szczerze, to nie starłam się ich nawet podjąć. Skupiłam się na obecności jako takiej, trochę abstrakcyjnej. Obecność jako stymulacja. Oprócz sterty rysunków, powstał mur zamykający ostatnie wygodne zejście z dzielnicy Biskupiej Górki. Ta praca wynikała bezpośrednio z rozmów z mieszkańcami. Była ilustracją tego, co tam usłyszałam.

Dlaczego podczas akcji Zapraszam 24 godziny na dobę nie odzywałaś się w trakcie odwiedzin gości i jaki to wywołało efekt?

Milczenie było też rodzajem stymulacji. Stworzenie sytuacji nieoczywistej. Z początku raczej niekomfortowej dla mnie, jak i dla odwiedzających, ale przy odrobinie chęci dającej się pięknie oswoić. Efekty były różne. Muszę zaznaczyć, że nie przyszło tak wiele osób. Przez trzy doby, w ciągu których siedziałam tam non stop, odwiedziło mnie kilkanaścioro mieszkańców bloku, w którym to się odbywało i mniej więcej tyle samo osób z zewnątrz. Z tym że chronologia była taka, że mieszkańcy przyszli właściwie ostatniej doby. Myślę, że potrzebowali czasu, żeby się odważyć. Niektórzy milczeli razem ze mną, wyciszali się w tym domku, który przypominał trochę dziecięcą kryjówkę pod stołem przykrytym kocami. Sięgali po książki, zeszyty, które tam przygotowałam, leżeli patrząc w „niebo”. Była też jedna grupka, która przeprowadziła dwugodzinną dyskusję. Skorzystali z mojego milczenia i mówili rzeczy, których trudno było mi słuchać.

Honorata Martin, Zapraszam 24 h na dobę, fot. dzięki uprzejmości artystki

Gdy zamieszkałaś w Parku Bródnowskim, była to przestrzeń już nasycona sztuką. Wydaje się, że publiczność mogła być już „wyedukowana” poprzednimi dziełami sztuki i akcjami Pawła Althamera. Czy istniała jakaś różnica między mieszkańcami okolic Parku Rzeźby, a publicznością w Twoich innych pracach?

To prawda, część mieszkańców Bródna jest obeznana z działaniami artystów. Często opowiadali o Pawle Althamerze i jego projektach, jednak przychodziły też do mnie takie osoby, które nie znały tej inicjatywy, a też i tacy, którzy ją znali, ale nigdy nie mieli śmiałości uczestniczyć w tych wydarzeniach. Nie mogłabym więc generalizować i mówić o mieszkańcach Bródna jak o jednym ciele. Pan Marek na przykład wie wszystko o każdej pracy, on przyszedł do mnie pierwszy, od razu zauważył, że ktoś nowy coś kombinuje w jego parku. Pani Małgorzata po parku też chodzi codziennie z psami, ale nie bardzo wiedziała, czym jest Park Rzeźby, a teraz wie już więcej ode mnie. Z kolei młodzi chłopcy, zdenerwowani i „pod wpływem”, którzy odwiedzili mnie w nocy, w ogóle nie słyszeli o takiej inicjatywie.

Honorata Martin, Zadomowienie, fot. Monika Kozub, dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Projekt ten był dyskutowany, jego przeciwnicy używali argumentów związanych z jego kosztami i zasadnością artystyczną czy etyczną (jakoby udawałaś bezdomną). Jak traktujesz takie sytuacje, czy i co one wnoszą w Twoje projekty, czy często się zdarzają?

Oj, to były absolutnie śmieszne argumenty. Zrobiło się przez chwilę nieprzyjemnie, nie wiem czy ktoś chciał mi naprawdę zaszkodzić, ale zaczęłam się wtedy trochę bać. Przez pierwszy tydzień ludzie przychodzili do mnie „na czysto”, nie wiedzieli kim jestem i co tam robię, mogliśmy się więc poznawać i oswajać bez uprzedzeń. Po podniesieniu tej dyskusji zaczęli przychodzić do mnie ludzie „nabuzowani” agresywnie, rozmowy zamieniły się w obronę. Jednak z dużym szacunkiem myślę o tych gościach, oni postanowili sprawdzić na własne oczy, większość z nich bardzo szybko zmieniała zdanie. Przekonywali się na przykład o manipulacji gazety „Fakt”, gdzie zostało umieszczone zdjęcie samego, nazwijmy to, szałasu i wklejonej mnie z innego zdjęcia z gali, na której byłam umalowana, ładnie ubrana, wypoczęta. Mogło to rzeczywiście wyglądać jakbym była na wakacjach w parku. Kontrastowało to z wizją mnie na miejscu otoczoną często kilkunastoma osobami. Po nieprzespanych nocach, urządzającej dzieciom kącik do malowania, uczącej panie nabijać blejtramy… A co do bezdomnej, to nie przyszło mi do głowy, żeby kogoś udawać. Każdemu kto chciał rozmawiać mówiłam, kim jestem i co robię, choć sama nie do końca wiedziałam. Formuła była całkowicie otwarta. Nie mieszkałam też w namiocie, jak się wszędzie powtarza. Weszłam do parku prawie bez niczego, nie wiedziałam czy będę tam spać, jakie będą nastroje, jak będę się czuła. Mogłam skończyć schowana gdzieś na ławce czy na drzewie. A ten dziwny szałas, w którym spałam, powstawał i rozrastał się na bieżąco. 

Honorata Martin, Zadomowienie, fot. Monika Kozub, dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Rozdałaś swój dobytek podczas Przyjdź i weź co chcesz. Czy zmieniło się Twoje podejście do własności i przedmiotów? 

Nie wiem czy się zmieniło. Nadal jest we mnie sprzeczność. Z jednej strony chciałabym być wolna od przedmiotów, czuję też ciężar tego wszystkiego, czego mam niesprawiedliwie za dużo. Z drugiej strony łapię się na personifikacji rzeczy i przywiązaniu do wspomnień, nawet tych nie moich, zasłyszanych, nabytych. 

Jak przygotowujesz się do swoich prac, jaką metodę pracy obierasz?

Nie mam metody. Staram się podchodzić do pomysłu na świeżo, zaufać intuicji. Po drodze dużo czytam, rysuję, często maluję, robię to, co mogę w danym momencie. Jest to rodzaj procesu, ale nie bezpośrednie planowanie, przygotowywanie się.

Jak pracowało Ci się wśród mieszkańców przy Kopernika 14? Coś Cię zaskoczyło podczas odnawiania elewacji?

Bardzo dobrze, to była krótka akcja, jednodniowa. Jak zwykle z początku lekki lęk, duża nieśmiałość. Potem było coraz weselej.

Honorata Martin, Kopernika 14, fot. dzięki uprzejmości artystki

Twoje projekty wydają się nierozerwalnie związane z rozmową – odpowiadaniem na pytania, tłumaczeniem ich założeń i celów, ponieważ często bezpośrednio stykasz się z odbiorcą i na bieżąco jesteś poddawana jego ocenie, a także próbom zrozumienia i interpretacji widzianych przez niego działań. Czy tak jest? Jak przebiegają te interakcje i co dają?

Rzeczywiście często tak jest, ale nie zawsze. Na pewno wskazują na to pracę, o których rozmawiałyśmy. Nie mogłabym jednak ograniczyć się do tego typu działań. Na wielu poziomach są one dla mnie wyczerpujące, potrzebuję potem regeneracji i zacisza własnej pracowni. Z  jakiegoś powodu wracają do mnie pomysły nierozerwalne ze współdziałaniem, interakcją. One nie są dla mnie najłatwiejsze, wymagają ode mnie przełamywania własnych oporów, ale to co najważniejsze, nie znam na nie odpowiedzi – są otwartymi pytaniami, które mogą stać się czymś zupełnie dla mnie nieoczekiwanym.

Warszawa, 2016