Zabawa i sztuka mają wiele wspólnego

fot. dzięki uprzejmości artystki

Rozmowa z
Kamilą Szejnoch

Magda Grabowska: Napisałaś na swojej stronie, że Twoje prace mają dwie warstwy: jedną odnoszącą się do tradycji i historii oraz drugą interaktywną, otwartą. Czy mogłabyś opowiedzieć o tym założeniu i służących mu metodach pracy?

Kamila Szejnoch: Moim punktem wyjścia zwykle jest przestrzeń miejska lub jej element, o ile jego forma jest na tyle interesująca, żeby prowokowała do interakcji. Istotne jest, żeby „to coś” – wybrany obiekt czy miejsce – miało jakiś ciężar gatunkowy, na przykład historyczny, symboliczny albo społeczny. Mam na myśli warstwę znaczeniową, która już istnieje i jest istotna dla ludzi… albo przeciwnie – taką, która została zapomniana. Do tego można dopisać nową warstwę – żeby zrównoważyć, uwspółcześnić albo odświeżyć zatartą rzeczywistość. Całość może być zbudowana na zasadzie kontrastu. W przypadku Warszawy zwykle można użyć motywów, które są zabawowe albo zabawkowe, ponieważ przestrzeń w Warszawie jest przeważnie dość ponura, a pomniki tradycyjne i z brązu. Ale to oczywiście nie jest cudowny wytrych gwarantujący artystyczną satysfakcję. Poza tym od samej metody i formy ważniejsza jest chyba motywacja.

Formy zabawek w Twoich projektach traktujesz jednak serio. Dlaczego decydujesz się na taką formę?

Może jeszcze nie wyszłam z dzieciństwa? Lubię zabawki! Lubię ładne i śmieszne przedmioty, żywe kolory, gadżety, więc to na mnie osobiście działa. Chyba zwykle robimy to, co nam się podoba wizualnie. To najprostsza interpretacja. Najczęściej używam koloru czerwonego, zawsze nie wiedzieć czemu stwierdzam, że będzie najlepiej oddziaływać. Poza tym zabawa i sztuka mają wiele wspólnego. Artyści organizują zabawę określonymi technikami, z kolei zabawki i projekty artystyczne to w pewnym sensie modele rzeczywistości. W głębszej interpretacji wydaje mi się, że zabawa jest niesłychanie uniwersalną rzeczą, a więc odpowiednią do przestrzeni publicznej. Kojarzy się z przyjemnością, wolnością, szczęściem, dzieciństwem, ale tak naprawdę jest ważna na każdym etapie życia. Bawią się nie tylko dzieci – u nich zabawa spełnia funkcje rozwojowe, na przykład nabywania umiejętności społecznych – ale bawią się też dorośli, a nawet zwierzęta. Myślę, że to jest pozytywny atawizm, ale również narzędzie, którego można użyć do animowania przestrzeni, integracji społecznej czy nawet radzenia sobie z bardzo trudnymi kwestiami. 

Jak to wpływa na odbiór Twoich prac? 

Myślę, że pozytywnie. Nawet jeśli temat jest trudny, to ludzie się uśmiechną, bo zabawa ma moc rozbrajającą. Zastanawiałam się na przykładzie Huśtawki, jaką funkcję miała „zabawkowość”. Myślę, że właśnie rozbrajającą – przede wszystkim w stosunku do skali i przytłaczającej formy, bo nie wiem czy tragiczną i złożoną historię da się z dnia na dzień zneutralizować. W końcu używamy też słowa „rozbroić”, „rozbrajający” w sensie potocznym. 

Kamila Szejnoch, Huśtawka, fot. dzięki uprzejmości artystki

Jaką grę podjęłaś w Huśtawce z tradycyjnym upamiętnieniem historycznym?

Rzeczą, którą staram się robić, to update’owanie przestrzeni poprzez dodawanie jej nowych współczesnych elementów. Ale odwołam się może do klasycznego pojęcia anty-pomnik – z angielskiego counter-monument. W 1986 roku w Hamburgu powstał „Pomnik przeciwko faszyzmowi, wojnie i przemocy – dla pokoju i praw człowieka”. Była to dwunastometrowa kolumna wykonana z aluminium i pokryta warstwą ołowiu, a na niej inskrypcja z zaproszeniem dla przechodniów do zapisywania swoich imion. W miarę jak kolumna zapełniała się wyrytymi  napisami, pomnik zapadał się w głąb ziemi. Po jakimś czasie po prostu zniknął. Autorzy – Jochen i Esther Gerz – doszli do wniosku, że sama logika dydaktycznego pomnika jako formy zamkniętej i triumfalistycznej nosi cechy faszyzmu, postanowili więc zaprzeczyć pomnikowi jako takiemu. W kontraście stworzyli „formę otwartą” opartą na interakcji, zanikającą, ale też symboliczną. To przykład już klasyczny, ale obecnie powstaje wiele innych „pomników”, które mogą wyglądać i działać zupełnie inaczej, ale wpisują się generalnie w zjawisko anty-pomnika. Wspólnym mianownikiem tego rodzaju form jest ich podejście krytyczne, ale z drugiej strony wydaje mi się, że odświeżają one ideę pomnika jako takiego.

W Warszawie jest przynajmniej kilka pomników, które przestaliśmy traktować dosłownie i może należałoby coś z tym zrobić. Dodać im w pewnym sensie cudzysłów, żeby były traktowane bardziej jak eksponaty z muzeum aniżeli pomniki w sensie dosłownym. Takie działania były podjęte w innych krajach. W Budapeszcie na przykład w latach 90-tych stworzono „Memento Park” czyli park, w którym zostały zgromadzone rzeźby socrealistyczne, gdzie funkcjonują w zamkniętej przestrzeni, jakby w zoo. W Warszawie nic takiego nie powstało, ale pewnymi działaniami można by niektórym formom cudzysłów nadać. Bo czas burzenia pomników dawno już minął.

Jakie funkcje miała pełnić instalacja Poczekalnia na trybunie honorowej na Placu Defilad?

Trzeba zacząć od tego, że trybuna honorowa od lat 50-tych służyła władzy podczas defilad i pochodów pierwszomajowych. Partyjni dygnitarze machali z trybuny do maszerujących tłumów. Poźniej trybuna nie zyskała żadnej nowej funkcji od czasu kiedy była ostatni raz używana w latach 80. Teraz na placu jest „dworzec autobusowy”. Odjeżdżają stąd autobusy podmiejskie i międzymiastowe, można nawet powiedzieć, że to trasa międzynarodowa bo właśnie tu kończy się trasa z lotniska Warszawa-Modlin. Warunki czekania na dworcu są fatalne, a kilka lat temu były jeszcze gorsze – stała jedna obdrapana ławka na tysiące pasażerów. Chciałam coś dla tych ludzi użytecznego zrobić, zwłaszcza że sama kilka razy czekałam tam na autobus. Chciałam też symbolicznie zmienić funkcję ideologiczną miejsca. I nazwać rzecz po imieniu: Plac Defilad to jedna wielka poczekalnia.

W praktyce instalacja składała się z trybuny w formie czerwonych stopni, która została zdekonstruowana tak, żeby poszczególne fragmenty mogły służyć jako meble do siedzenia. Obiekt kojarzący się więc z ideologią i polityką chciałam zmienić po prostu w zestaw elementów użytkowych. Trybuna została ‘zdemokratyzowana’.

Kamila Szejnoch, Poczekalnia, fot. dzięki uprzejmości artystki

Czy obserwowałaś funkcjonowanie tych siedzisk? Czy podróżni przysiadali na nich i z nich korzystali?

Sporo ludzi się przewijało, aczkolwiek większośc ludzi zawsze gromadzi się tam, gdzie jest najbliżej wejścia do autobusu. Ale oprócz pasażerów byli tez po prostu  przechodnie, którzy siadali, jedli, odpoczywali. Dużo ludzi przewija się pod Pałacem Kultury. Problemem było to, że nie można było zrobić zadaszenia z powodu skomplikowanych wymogów bezpieczeństwa. Gdyby zadaszenie się pojawiło, Na pewno więcej pasażerów by korzystało, ponieważ na placu jest problem deszczu i ostrego słońca latem. Tak czy inaczej, poczekalnia jest stałym elementem każdego dworca, co nie znaczy, że są tam non-stop tłumy. Najwięcej ludzi zawsze jest na peronach. Ale jako element dworca poczekalnia musi być.

Kamila Szejnoch, Poczekalnia, fot. dzięki uprzejmości artystki

Jaki był efekt Waszej wspólnej pracy z mieszkańcami Gdańska i czego dowiodły Twoje wywiady na osiedlu podczas projektu Falowiec Color System?

Projekt odnosił się do kolorów architektury a właściwie choroby polskich miast „pastelozy”. Jeśli chodzi o ludzi, Zaskoczyła mnie ich pozytywna reakcja. Na pomalowanie ciągu garaży – łącznie około 37 – trzeba było uzyskać zgodę od niemal każdego właściciela. Myślałam, że z tym będzie największy problem, ale o dziwo ludzie albo byli pozytywnie nastawieni, albo po prostu nie mieli nic przeciwko: „Niech pani sobie maluje, mnie to nie przeszkadza”. Może to świadczyć o obojętności, ale też o nastawieniu, że jeśli można coś poprawić, to dlaczego nie. Oczywiście zdarzały się przypadki, że komuś się nie podobało, ktoś przychodził i stwierdzał, że tu kolory powinny być zupełnie inne. Starałam się tłumaczyć, że kolory nie są wymyślone przeze mnie, tylko skopiowane z Falowca.

Kamila Szejnoch, Falowiec Color System, fot. dzięki uprzejmości artystki

Tu dochodzimy właśnie do kwestii estetyki, której zazwyczaj używam. Właściwie nie tworzę estetyki samodzielnie, tylko korzystam z różnych formatów, które istnieją w otoczeniu. Znajduję gotową formę i przekładam ją w inny kontekst, w tym przypadku był to zestaw kolorystyczny pożyczony z Falowca. Z ankiety, którą robiłam z mieszkańcami wyszło mi jedno ciekawe spostrzeżenie. Pytałam ludzi, głównie właścicieli garaży, a jednocześnie mieszkańców Falowca, o kolory w mieście, m.in. czy podoba im się kolorystyka w mieście i kto powinien o tym decydować.  Na pytanie czy podobają się kolory na jakie odnawia się bloki, ok 75% odpowiedziało, że nie ma zastrzeżeń. Jednocześnie 80% stwierdziło, że dobór kolorów powinien być nadzorowany przez odpowiedni urząd miejski. Dla mnie brzmi to jak sprzeczność. Bo oczywiście nie ma żadnego realnego nadzoru, a gdyby był, kolory wyglądałyby przecież zupełnie inaczej.

Kamila Szejnoch, Falowiec Color System, fot. dzięki uprzejmości artystki

Czy lubisz pracować z mieszkańcami, społecznością lokalną? Z czym to się wiąże dla artysty?

Wiąże się z dużym emocjonalnym zaangażowaniem, bo relacje, interakcje z ludźmi wymagają szczerości, a przede wszystkim stałego kontaktu. Animacja społeczna nie jest moim głównym żywiołem, ale bardzo ją doceniam. Są ludzie, którzy specjalizują się w interakcjach, na przykład Krzysztof Żwirblis, który tworzy Muzeum Społeczne. Jest osobą ekstrawertyczną i świetnie mu to wychodzi. Miałam okazję współpracować z Krzysztofem przy okazji projektu we Wrocławiu w ramach Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Zaproponowałam tam coś, co było wymianą między barokowym Muzeum Etnograficznym a podwórkiem obok. Kolekcja zebrana wśród mieszkańców podwórka została wystawiona jako regularna wystawa w muzeum, a następnie wybrane motywy z kolekcji Muzeum Etnograficznego – konkretnie grafiki skopiowane z historycznych form piernikarskich - powędrowały w formie murali na podwórko. Za zebranie eksponatów i wystawę był odpowiedzialny Krzysztof, a za zaprojektowanie i realizację murali ja. Myślę, że była to komplementarna współpraca. 

Kamila Szejnoch, Kolekcja, fot. dzięki uprzejmości artystki

Jakie są Twoje ulubione rejony działania na polu sztuki? Jak to nie jest animacja, to w czym się czujesz najlepiej?

Interesują mnie symbole, znaczenia i konstrukcje – bardziej lub mniej abstrakcyjne. Studiowałam rzeźbę, ale też w sposób naturalny myślę bardziej formą niż narracją czy interakcją. 

Dlaczego wygięłaś maszt podczas EURO 2012?

Zrobiłam w sumie trzy maszty. W przypadku EURO był to raczej żart. O ile flaga symbolizuje pozytywną ideę, maszt jest konstrukcją trzymającą, odnosić się może do organizacji czy instytucji. Festiwal SURVIVAL odbywał się na boisku piłkarskim we Wrocławiu, gdzie stały akurat dwa maszty, więc aż się prosiło, żeby jeden z nich zaplątać. Pierwszy maszt zrobiłam kiedyś w Lublinie, miał on tam większy ciężar gatunkowy, bo pojawił się na placu w otoczeniu czterech ważnych, historycznych pomników. Główny plac w mieście jest niesłychanie naładowany różnymi wydarzeniami i symbolami. Znajdują się tam Obelisk Unii Lubelskiej, płyta Nieznanego Żołnierza, pomnik upamiętniający Konstytucję 3 maja i pomnik marszałka Piłsudskiego na koniu. Tam jest wszystko. Poza tym działy się tam różne, często nagłe, zwroty akcji, co jest charakterystyczne w ogóle w Polsce. Pierwotne był to Plac Musztry, później w czasie II wojny plac Hitlera, a zaraz po wojnie plac Stalina. Teraz nazywa się Unii Lubelskiej. Chciałam nawiązać do wiatrów historii. Duże wrażenie zrobił na mnie ten historyczny mishmash. 

Kamila Szejnoch, Maszt, fot. dzięki uprzejmości artystki

Dlaczego w Gdańsku zdecydowałaś się sięgnąć po udział grupy rekonstrukcyjnej, by przywołać scenę sprzed lat?

W Gdańsku byłam zaproszona do europejskiego projektu Heroes we Love. Za polską część odpowiedzialne było CSW Łaźnia i kuratorka Agnieszka Kulazińska, która zdecydowała się temat odbudowy Gdańska potraktować jako pewnego rodzaju pomnik po okresie socjalizmu. Decyzja i forma odbudowy była motywowana politycznie, ponieważ co prawda zrekonstruowano barokowe fasady, ale za nimi znajdowały się skromne mieszkania dla robotników. Krótko mówiąc Odbudowa miała być narodowa w formie i socjalistyczna w treści. Czytając książki i przeglądając różne materiały na temat odbudowy Gdańska natknęłam się na zdjęcie grupy fotograficznej idącej wśród ruin z białym misiem, który po wojnie służył jako atrakcja podobnie jak białe misie w Zakopanem. Co jak co, ale miś na Wybrzeżu wygląda mocno surrealistycznie. Wydało mi się to niezwykle zabawne i wiele mówiące o historii Gdańska, zwłaszcza w kontekście jego obecnego pocztówkowego turystycznego wizerunku.

Kamila Szejnoch, Rekonstrukcja, fot. dzięki uprzejmości artystki

Zaczęłam zastanawiać się w jaki sposób można byłoby przywołać to zdjęcie w przestrzeni publicznej. Pomyślałam, że dobrze byłoby zrobić coś dla ludzi, a jednocześnie zrekonstruować sytuację na zdjęciu, tzn bardziej ja urealnić. Wracając do kwestii pożyczania istniejących już formatów, stwierdziłam, że warto zaprosić specjalistów od rekonstrukcji historycznych, bo oni zrobią to najlepiej. Akcja przebiegłą bardzo dobrze. Przez dwa dni, razem z grupą rekonstrukcyjną Bluszcz robiliśmy zdjęcia przechodniom. Byliśmy ubrani w stroje z lat 40, ja miałam nawet perukę, bo mam krótkie włosy. Później wysłałam każdemu zdjęcie mailem ewentualnie odbitkę. Ludzie bardzo pozytywnie reagowali, bo podobała im się pamiątka z drugim dnem.

Kamila Szejnoch, Falowiec Color System, fot. dzięki uprzejmości artystki

W Wawrze odwołałaś się do lokalnego stylu architektonicznego i przeniosłaś go na prowizoryczny barak. W Twoich projektach często opierasz się na kontekście miejsca. Dlaczego jest on dla Ciebie ważny i jak osadzasz w nim swoje prace?

Myślę, że dobrze jest jak miejsca mają swój charakter. Kiedy ktoś buduje dom na Mazurach w stylu chaty góralskiej albo włoskiej willi to dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Niepotrzebne i pretensjonalne. Architektura powinna być jakoś związana z warunkami geograficznymi, ponieważ w ten sposób się kształtowała. Forma, kolorystyka, materiały wynikały z otoczenia naturalnego. Najpiękniejsze krajobrazy są tam, gdzie architektura w sposób organiczny wynika z krajobrazu. Ale obecnie projektując coś odnosimy się raczej do pewnej tradycji budownictwa, przyjętych wcześniej form. To istotne, bo ma to związek z tożsamością. Dlatego naturalne wydaje mi się, że w danym miejscu używam elementów, formatów, stylów, które już tam są. Styl architektoniczny świdermajer z przełomu XIX i XX wieku stał się już stałym elementem krajobrazu linii otwockiej. Stąd pojawił się pomysł na Mini-Willę Świdermajer. W lokalnym ośrodku kultury w Falenicy zauważyłam zaniedbaną przestrzeń i obok stary blaszany garaż, który był używany jako magazyn domu kultury. Pomyślałam, że należałoby coś z tym zrobić, poprawić wygląd otoczenia, odzyskać kawałek przestrzeni do zabawy dla dzieci, a może nawet mieć pewien wkład w edukację. I tak z zardzewiałego baraku powstała mini-willa Świdermajer.

Kamila Szejnoch, Mini-willa Świdermajer, fot. dzięki uprzejmości artystki

Warszawa, 2016