Radosna twórczość

fot. Aleksandra Litorowicz

Rozmowa z
Grupą Nowolipie

Magda Grabowska: Czy mogliby Państwo opowiedzieć swoje historie związane z Grupą Nowolipie – jak się tu Państwo znaleźli, co tu Państwo robią, ile lat pracują w Grupie?

Remigiusz: Robiłem różne prace, ale mało kto się nimi interesował. Kiedy byłem dzieckiem wszystko, co zrobiłem, brat mi wyrzucał. Potem chodziłem do Pałacu Młodzieży, bo byłem dzieckiem takim nieznośnym, że wszystko psułem, a tam mogłem wreszcie coś tworzyć. Później, gdy byłem starszy i coś robiłem, to brat tak miłosiernie patrzył przez palce, bo widział, że robię źle. To nie dawało mi spokoju. Chciałem zrobić coś dużego, ale nie miałem warunków. No i kiedy poznałem Rafała, to Rafał mi powiedział, żebym się pojawił u Pawła Althamera. Tak więc trafiłem do niego. To dzięki niemu powstała duża rzeźba, która jest na rogu Chodeckiej i Kondratowicza. Jestem mu bardzo wdzięczny, że mogę sobie tutaj tworzyć te prace. Tak to się zaczęło. I teraz systematycznie chodzę na nasze warsztaty. Ostatnio byłem w Sopocie, gdzie prowadziłem zajęcia. Dobrze się czuję w tej grupie.

Jurek: Jestem Jurek Nurek. Lubię słuchać muzyki i przy okazji sobie coś narysować. Fajnie tu jest, można sobie porysować. Spotykają się tu ludzie różnego pokroju. Czasami, gdy na to wszystko patrzę, czuję się jak etnograf. Ostatnio byliśmy na szkoleniu nad morzem w Chłopach. Miałem dużo czasu, więc strzelałem sporo selfie i zdjęć. Rysowaliśmy dużo na kartonach i na podstawie pracy z panią psycholog, która nam naświetlała nasze przemyślenia o SM (stwardnienie rozsiane – przyp.), rysowaliśmy też różne rzeczy. Potem każdy mówił, co miał na myśli, wykonując swój rysunek. Tu jest fajnie, coś się dzieje. Są różne tematy, różne rozmowy, różne dyskusje.

Bożena: My jesteśmy chorzy na stwardnienie rozsiane. Pierwsze założenie było takie, że będzie to forma terapii manualnej, ale to jest terapia na różnych poziomach. Przychodzę tu, bo lubię spotykać ludzi, którzy też tu się pojawiają. Dobrze się z nimi czuję. Oprócz tego, co tworzymy plastycznie, dzieją się tu różne rzeczy. Słuchamy muzyki, gadamy. Jest tu też wokalista. Właściwie to jest cały zespół zjawisk, które tu się dzieją. Ta terapia odbywa się na wielu różnych poziomach. Nie tylko robimy coś manualnie i wychodzi jakaś wspólna wartość z tego, ale też przy okazji się przyjaźnimy, rozmawiamy, spędzamy czas. Jeśli dziewczyny są w gorszym stanie, opiekujemy się nimi wszyscy. Z tego punktu widzenia bardzo fajne są te zajęcia.

Veridiana: Pewnego dnia znaleźliśmy małego ptaszka, tu w centrum, w Warszawie. Byliśmy tutaj umówieni, mieliśmy tu być, ale mimo wszystko postanowiliśmy go zabrać ze sobą. To była zima i aby uratować mu życie, uzgodniliśmy, że przywieziemy go tutaj w papierowej torbie. I kiedy z nim przyjechaliśmy, Paweł powiedział, że też kiedyś znalazł i uratował ptaka, odnosząc go do Zoo. I to jest historia zrodzenia się naszej przyjaźni. Zatem to, co miałam na myśli, to to, że przypadek doprowadził do poznania Pawła i grupy. I energia cosmica. Wszystko jest połączone, wszystko się łączy. Oczywiście kiedy później nasi współpracownicy przyjechali z Włoch, zawiązała się prawdziwa przyjaźń. [1]

Zrozumiałam energia cosmica. 

Paweł: To jest ważne, bo pracujemy z energia cosmica.

Żwirek: I ze scalpello.

Czyli?

Żwirek: Z dłutem.

Nad czym dzisiaj Państwo pracują?

Iza: Nad Smutną. Nie ma tutaj tej rzeźby.

Paweł: Nie ma. Zabraliśmy tę, nad którą pracujemy i przenieśliśmy ją tam, gdzie rozpoczęliśmy nad nią pracę. Została po niej pustka, którą wypełniamy w tej chwili. Zapełniamy pustkę po Smutnej.

Iza: Smutna stała tu od początku, od kiedy tu przychodzę, czyli od 2000 roku. Nazwaliśmy ją Smutna. Taka postać zakrywająca twarz, przygarbiona, troszkę depresyjna. Postanowiliśmy kiedyś zrobić taką rzeźbę, towarzystwo dla niej. I każdy interpretował ją po swojemu. Zgodnie ze swoją interpretacją dobierał jej towarzysza albo też coś, co miało jej towarzyszyć – niekoniecznie musiała to być jakaś osoba. Dzisiaj zaczynamy pracować wspólnie ze studentami z Akademii Sztuk Pięknych w trzyosobowych grupach nad dosyć dużą rzeźbą. Każdy zespół będzie robił swoją wersję tej rzeźby. W każdym razie rzeźba wyemigrowała na ASP. A my tutaj wypełniamy pustkę, jaką po sobie pozostawiła. Każdy robi tutaj swoją wersję.

W ogóle ta nasza grupa zaczęła troszeczkę nietypowo. Artyści zwykle zaczynają od tego, że najpierw chodzą do szkoły, potem do liceum plastycznego, później do ASP, a w końcu zaczynają coś robić – wystawiać swoje prace w kraju, potem za granicą, niektórym nawet udaje się je sprzedać. A z nami było inaczej. Najpierw żeśmy sprzedali, potem wystawialiśmy za granicą, następnie wystawialiśmy w kraju w galeriach, a teraz idziemy do ASP. Odwróciliśmy kolejność.

Paweł: Ulepimy teraz taką wieżę. Rekonstrukcja wieży, o której jeszcze nie wiemy, jak wygląda.

Bożena: A może to Wieża Babel? (śmiech)

Z czego czujecie się najbardziej dumni, jeśli chodzi o Wasz dorobek, o Waszą pracę tutaj albo Wasz rozwój?

Remigiusz: Jestem zadowolony, że ktoś się tym interesuje. To, co robiłem, budziło przykrość, aż musiałem to w ziemi zakopać. Właśnie z tej przykrości. Ale z Pawłem zgadaliśmy się i to ożyło.

Paweł: Jestem dumny z Remigiusza, że odkopał to, co zakopał.

Remigiusz: Bo by się zniszczyło.

Paweł: To, co przez tyle lat zakopywał symbolicznie i fizycznie mogło wyjść na światło dzienne. Dokonał się w nim proces świadomej, odważnej decyzji, gest odwagi. Jestem dumny.

Remigiusz: Potem wystawa z tego była.

Jurek: Remigiusz to jeden z płodniejszych tutaj artystów.

Iza: Ja jestem dumna z tego, że grupie udało się przełamać pewne tabu. Schemat myślenia o niepełnosprawnych. Kiedy organizujemy warsztaty, czy to w czasie wystaw, czy niezależnie od nich, ludzie bardzo często się włączają. Najpierw jest pewna rezerwa, a potem się okazuje, że jest to dla nich bardzo interesująca oferta. Przestaje istnieć rozróżnienie na sprawnych i niesprawnych. Okazuje się, że sztuka to jest ta płaszczyzna, która pozwala wszystkim jednakowo funkcjonować. Jestem też dumna z tego, że udało się nam stworzyć fundację, dzięki której można realizować się w środowisku, ale także realizować swoje marzenia, czyli wyjeżdżać na plenery w bardzo egzotyczne miejsca.

Paweł: Te dźwięki (rozmowy wokół stołu – przyp.) też oddają paralelność naszych działań.

Częstotliwość, w której pracujemy, często nie zakłóca się jedną z drugą. Ona się raczej uzupełnia. Wypracowaliśmy to sobie raczej jako niefrasobliwy styl wolny, który nie dyscyplinuje nas jakoś nadmiernie i uwalnia. Obserwując tę grupę i siebie, powiedziałbym o uwalniającym charakterze naszych spotkań, relaksujących, radosnych. Pasuje do nas pojęcie radosna twórczość.

Iza: Zdecydowanie.

Czy moglibyście opowiedzieć, jak Wasza twórczość się zmienia i ewoluuje przez te lata, przez które uczestniczycie w zajęciach? Na pewno kształtujecie swój styl albo próbujecie nowych rzeczy.

Iza: Kiedy stałam się uczestniczką tych zajęć, robiliśmy dzbanuszki i miseczki. Później to zaczęło ewoluować. Paweł zdecydowanie tępił wszelkie przejawy uzupełniania swojej kolekcji naczyń domowych. Spowodował, że zaczęliśmy robić rzeźby. Wtedy się okazało, że każdy z uczestników ma swój charakterystyczny styl, po którym łatwo było rozpoznać jego prace.

Bożena: Ja bym to tak określiła, że nasze rzeźby, nasze dzieła ewoluują tak, jak my ewoluujemy tu psychicznie. My się zmieniamy i dlatego one też się zmieniają.

Iza: Po etapie pierwszych wystaw, kiedy już było wiadomo, że robimy rzeźby, a nie miseczki. Natomiast kiedyś, przez lata od 1994 aż do 2003 roku, odkąd grupa zaczęła funkcjonować, kurczowo się tego trzymaliśmy i robiliśmy dokładnie takie same miseczki. Nawet jak niektórzy robili rzeźby, to też musiały być dokładnie takie, jak te poprzednie, identyczne. Natomiast później to zaczęło się zmieniać. To było właśnie na tej zasadzie – „O, faktycznie, jakie to fajnie”. Ewolucja ruszyła! To był ten moment, w którym coś się zmieniło.

Grupa Nowolipie, Sylwia, fot. Aleksandra Litorowicz

Kiedy nastąpił ten moment przełomowy?

Iza: Gdy udało się zawieźć na wystawę nasze pierwsze prace – gdy ktoś wymyślił, żeby jednak tworzyć rzeźby, a nie miseczki – rzeźby dotarły na wystawę, udało się je sprzedać, to był taki moment, kiedy myśleliśmy „Wow, to faktycznie jest fajne, skoro ktoś to kupił”. Wtedy rzeczywiście dokonała się zdecydowana przemiana.

Bożena: Wcześniej nie miałabym śmiałości robić pewnych rzeczy. W życiu do gliny bym nie podeszła, nie miałabym takiej odwagi. Żeby wziąć pędzel do ręki też nie. A tu zobaczyłam, że mogę popróbować, oczywiście na moim poziomie.

Paweł: My tutaj jak dzieci trochę działamy.

Zuzia: Ja w Tobie, Bożenka, od razu artystkę widziałam, nawet gdy jeszcze nie wiedziałam dokładnie, co robisz.

Bożena: Ja jestem niezła artystka (śmiech). Ula, ale Ty pięknie sobie dałaś radę w sobotę!

Ula: Dzięki. Zaczęłam tak przewrotnie, od opowieści o Joannie.

Bożena: Nie tak przewrotnie.

Paweł: Joanna z klasztoru – nasza założycielka i inicjatorka – zmożona ciężką chorobą postanowiła, że wstąpi do zamkniętego klasztoru. Podjęła tę decyzję jako osoba mocno fizycznie upośledzona, bo uzależniona od maszyny wspierającej jej oddech, potem od lekarstw, przybita do łóżka i pod opieką przyjaciół i osób z rodziny. I zdarzyło się coś takiego, co nazywamy cudownym ozdrowieniem. Nikt oprócz duchownych nie jest w stanie pełniej o tym opowiedzieć, nawet lekarze. Ostatnio ją odwiedziliśmy i przez dwie godziny opowiadała historię tego, co się z nią działo. Myślę, że jej udział w grupie spowodował, że wzmocnił się mój stosunek i postrzeganie naszej grupy w kategoriach, nazwijmy to, metafizycznych. Ona okrasiła nasz katalog swoim pięknym tekstem. Pamiętam, że z tego tekstu wynikało, że moment, kiedy dowiedziałem się o możliwości założenia grupy i to, jak ona się do tego przygotowywała, miało bardzo ciekawe trajektorie. Spotkaliśmy się w specyficznych momentach własnego, osobistego życia, aby stworzyć tak zwaną pierwszą grupę. Pierwsza grupa powstała przez telefon (śmiech) i była wypadkową takich dwóch całkiem mało wydeptanych ścieżek.

A jak trajektorie Waszego osobistego życia przekładają się na pracę tutaj? Czy zawsze pracujecie z taką samą energią? Lub czy na przykład macie pół roku słabszego okresu?

Jurek: To jest sinusoida. Czasami jest upadek, po którym się podnosimy. 

Bożena: Jeśli mamy gorszy dzień, to faktycznie troszkę gorzej funkcjonujemy, ale jakoś się rozkręcamy. Ula jest osobą, która mnie zaprosiła, by tu przyjść. Zobaczyła, że się nadaję (śmiech).

Ula: Ja nawet nie wiedziałam jak Bożenka rysuje czy maluje, czy lubi to nawet, a po prostu widziałam u niej osobowość artystyczną. I bardziej w tym sensie czułam, że jej się spodoba. 

A czy jest tak, jak w grupie terapeutycznej, że po godzinie, dwóch czujecie, że macie zupełnie inny nastrój? 

Ula: Bardzo często.

Remigiusz: Tu można odpoczywać. Coś się tworzy i od razu jest lepszy nastrój. Najgorzej jak są wakacje, kiedy jest przerwa wakacyjna.

Jurek: To jest Młodzieżowe Ognisko Artystyczne i są ferie letnie i zimowe. Pan minister tego nie mógł zrozumieć i dostał szału na tym punkcie, że my za starzy po prostu jesteśmy.

Bożena: My jesteśmy bardzo starzy.

Ula: To niech nam załatwi w ministerstwie metrykę nową.

Paweł: W zasadzie to pracujemy nad takim eliksirem.

Bożena: Eliksirem młodości w jakimś sensie.

Ula: Te spotkania dają taką energię. Pamiętam szczególnie to, jak się na nie czeka. To jest coś wyjątkowego. Ja robię dużo różnych ciekawych rzeczy, ale to jest coś takiego, co jest dla mnie bardzo ważne. Przyjście tutaj jest priorytetem. Musiałoby się wydarzyć naprawdę coś bardzo poważnego, żebym nie przyszła.

Remigiusz: To jest dobre miejsce do tworzenia, bo najpierw zaczyna się w glinie, a później można się przerzucić na drewno. To jest dobre zajęcie.

Jurek: Remigiusz to jest „druciak man”. On z drutu wykonywał rzeźby. 

Paweł: Z pleksi też. 

Jurek: Jest bardzo wszechstronny. Bardzo płodny człowiek.

Bożena: Bardzo, bardzo!

Remigiusz: Mam tu zajęcie i się nim cieszę. Chcę tu przychodzić jak najdłużej, bo tu się dobrze czuję.

Paweł: Koziołek, film, który zrobiliśmy, otwiera z kolei na takie zagadnienie, o którym powiedziałeś Jurek, że znajdujesz różne rzeczy, sytuacje i traktujesz je jako przestrzeń wystawienniczą. Rzeczywiście tę przestrzeń, którą generują artyści, można też odwrócić i popatrzeć, że po prostu to jest nieustająca wystawa, jedna wielka wystawa, w której niektórzy się bawią w publiczność, inni w artystów, inni się bawią w zaganianych, w związku z tym nie mają siły i czasu patrzeć na to, jak na wystawę, tylko zajęci są tak zwanym własnym życiem. Ta konwencja jest taka otwierająca. Można sobie wybrać, w którą grę gramy. Gramy trochę takich zintegrowanych wyautowanych.

Jak moglibyście opisać relację między Wami, jakbyście ją określili?

Bożena: Wrogie! (śmiech)

Żwirek: To zależy, czy grupa przynosi wino, czy nie (śmiech).

Bożena: To wtedy się poprawia (śmiech). 

Ula: Ja bym to określiła jako wspólnotę, chociaż jesteśmy ludźmi o bardzo różnych poglądach i światopoglądzie.

Paweł: Poza zajęciami byśmy nie wytrzymali tak długo.

Ula: I to jest właśnie piękne. Słowo wspólnota kojarzy się z tym, że ma się coś wspólnego, czyli sposób postrzegania świata. A my mamy bardzo różne sposoby postrzegania świata, a mimo wszystko tworzymy wspólnotę. Bardzo mi się podoba, że tak można.

Czy czujecie się współautorami prac jako jedna grupa czy indywidualni współautorzy?

Bożena: Ja myślę, że jako grupa.

Iza: Ideą tych spotkań było (i jest), że to jest praca grupowa, zbiorowa i, że coś tworzymy wspólnie. Ale są też indywidualności wyraźne. 

Jurek: Soliści są.

Paweł: Nie ukrywam, że czuję się trochę jak solista, który się ukrył w grupie. To trochę tak, jak było z wyczytywaniem: „to weźmiemy kogoś pierwszego z listy”. Ponieważ miałem nazwisko na „A”, to występowałem jako ten przypadkowy wybraniec. Potem się okazywało, że ten przypadkowy wybraniec to tak do mnie przylgnął, że rzeczywiście byłem odseparowywany regularnie i traktowany jako tak zwany „korzystny przykład”. Można powiedzieć, spełniony w tej roli, ale też nią wycieńczony. Z radością rozpoznałem potencjał grupy.

Chciałam zapytać też o Wasze doświadczenia jako performerów. Widziałam film z Waszego przelotu dwupłatowcem. Jak to wyglądało?

Jurek: Genialne. Po raz pierwszy pizzę jadłem, bo ja pizzy nie lubię w ogóle, a byłem tak głodny po tylu godzinach. Pierwszy raz wtedy fruwałem. Myślałem, że samolot się rozsypie, bo tak telepało na płycie lotniska. I nagle cisza, a samolot się wzniósł. Lecieliśmy nad Warszawą, naokoło, nagle myślałem, że będziemy spadać, bo samolot zmienił bieg i tak jakoś w dół... Wesołe wrażenia… Lot trwał 20-30 minut wokół mostów, wzdłuż Wisły. Niezapomniane dla mnie wrażenie. Ula chciała wstać z wózka, dopiero byłby szok.

Ula: I byłby kolejny cud w naszej grupie.

Iza: Wszystko przez Zuzię, bo Ula już wstała i Zuzia na to „Ula, przecież ty nie chodzisz”. A ona powiedziała „A, zapomniałam”. To właśnie najbardziej pokazuje wartość terapeutyczną. 

Zuzia: Chciałam powiedzieć, że to był najbardziej traumatyczny lot w moim życiu, ponieważ zawsze jak o tym opowiadamy, to wracamy do tej historii, jak ja usadziłam Ulę z powrotem na wózku (śmiech).

Iza: To jest nagrane na filmie, wystarczy dobrze popatrzeć i posłuchać. To jest ten moment, kiedy na końcu robimy sobie zdjęcie. Ula siedziała na krzesełku, gdyż musiała pożyczyć komuś wózek. Lataliśmy w trzech grupach. Niektórzy byli o kulach, im było trudno przejść po trawniku do samolotu, więc Ula pożyczyła swój wózek. Gdy wysiadła z tego samolotu, to na koniec sama usiadła na krzesełku do zdjęcia. I wszyscy po skończonym zdjęciu (to już koniec?) ruszamy, i  Ula się podnosi. 

Marcin: Śniło mi się, że siedziałem za sterami wielkiego samolotu i jeździłem nim po wiejskich drogach. Strasznie trzęsło na wybojach. Musiałem uważać, żeby skrzydłem nie zahaczyć o drzewo lub płot, żeby nie wjechać kołem w błotniste koleiny itd. Drogi były wąskie z rzędami drzew po bokach i trzeba było strasznie kombinować tym wielkim samolotem. I tak jeździłem po tych polach w poszukiwaniu pasa startowego. Finalnie żadnego pasa nie znalazłem.

Iza: I nie mogłeś odlecieć, kurde.

Marcin: To był taki wielki teren – takie pola, płotki, drzewa. Tak jeździłem, jeździłem. Tutaj trzeba było zakręcić przy jakimś stawie, to pod lasem wykręcić. Tu krzywa droga, tu drzewa.

Bożena: I trzęsło!

Paweł: To było takie kołowanie rozbudowane.

Iza: Po prostu nie mógł rozwinąć skrzydeł.

Jaka jest dla Was różnica między pracą w tej salce, w której spotykacie się regularnie, a wyjściem w przestrzeń – plenerami, performensem, pracą w otwartej przestrzeni publicznej?

Remigiusz: Ja dalej tworzę na działce. Żebym się nie zagubił, to muszę coś tworzyć, żeby to dobrze wychodziło 

Paweł: To jest trochę jak wychodzenie z domu na spacer, przynajmniej dla mnie. To równoważy pewnie też jakieś stany, żebyśmy się za bardzo nie wkleili w pielesze.

Jak jako twórcy definiujecie sztukę w przestrzeni publicznej?

Ula: Wydaje mi się, że sztuka w przestrzeni publicznej funkcjonuje trochę dlatego, że nie wszystkim chce się chodzić do galerii, więc trzeba wyjść do ludzi na zewnątrz i coś im pokazać. Być może zainteresują się na tyle, żeby gdzieś pójść albo nas odwiedzić.

Iza: Może też żeby zachęcić do zastanowienia się nad pewnymi rzeczami, zmusić się do myślenia. Kiedy zaangażowane są emocje, ludzie to jakoś inaczej odbierają. Jakoś zareagować muszą, a przynajmniej powinni. Każdy jakoś reaguje. Każdy taki moment skłaniający do myślenia jest ważny. Człowiek w ten sposób się rozwija, czegoś się może dowiedzieć, otwiera się, zajmuje jakieś stanowisko, to jest ważne.

Jakie funkcje więc powinna spełniać taka sztuka?

Jurek: To nie malarstwo Matejki, nie o to tu chodzi.

Iza: Bardziej właśnie skłaniać do myślenia, do jakiejś refleksji, coś w nas zmieniać. Może też wywoływać kontrowersje.

Jurek: „Co im odbiło, po co oni to robią?”

Iza: Tak jak Palma Rajkowskiej (Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich Joanny Rajkowskiej – przyp.), powodować, że ludzie się nad czymś zaczynają zastanawiać, coś zaczynają dostrzegać, że jest jakiś problem, że coś może być problemem i albo szukają rozwiązania, albo się zaczynają bić. Różnie reagują, ale coś to zmienia.

Ula: Tworzą też pewną identyfikację miejsca. Rozmawiałam z koleżanką, która od bardzo długiego czasu mieszka na Bródnie i jest z tą dzielnicą związana. Zawsze mówiła, że Bródno było takie smutne i nawet ten park był taki nijaki. Dzięki temu, że jest w nim teraz Park Rzeźby, to całe Bródno nabrało innego ciężaru gatunkowego.

Iza: Stało się miejscem, gdzie ludzie chętnie przychodzą, bo przedtem niekoniecznie tak było. Nawet tak kontrowersyjna rzeźba jak nasza Sylwia też stała się miejscem, gdzie ludzie chętnie się umawiają.

Jurek: Marzyciel i Sylwia, dwie nasze prace – to była duża, wielomiesięczna robota. I duży sukces.

Iza: Nielegalny ufoludek też wzbudził emocje. To jest sztuka publiczna, która spowodowała dyskusję na temat tego, kto ma prawo do przestrzeni publicznej. Kto powinien decydować o tym, co się w niej znajduje. Różne są aspekty.

Remigiusz Bąk, UFO, fot. Eleonora Sokołowska-Dron

Jakie macie plany, nad czym teraz pracujecie i jakie macie marzenia, te twórcze?

Iza: W planach jest Smutna, nad czym pracujemy i pracować będziemy przez najbliższy rok, czyli do końca roku akademickiego.

A marzenia?

Iza: Lot na Dominikanę. Jaka jest teraz wersja? Najpierw było, że na Dominikanę, potem, że na Bali, a teraz gdzie? Kolejny plener? 

Wasze plenery brzmią bardzo egzotycznie.

Iza: Najpierw były takie mniej egzotyczne. Byliśmy na jednodniowym plenerze w Jedliczach połączonym z hipoterapią. Jeśli chodzi o te zagraniczne plenery, to pierwszym takim dłuższym, fajnym był wyjazd na Kretę. Drugi był na Kosie, przed falą uchodźców, kiedy można było cały Kos zwiedzić. Zasadą jest, że jeśli jedziemy na plener, to wypożyczamy samochody i zwiedzamy całą wyspę. W zeszłym roku zwiedzaliśmy północ, wschód – są tam fajne miasteczka. W zeszłym roku byliśmy na Sycylii i zwiedzaliśmy Caltagirone, miasteczko słynące z ceramiki. Mieszkaliśmy pod Etną.

A marzenia poza plenerem? Czy jest na przykład miejsce, w którym chcielibyście umieścić kolejną pracę?

Iza: Mamy takie niezrealizowane wspólne marzenie. Do niedawno tym marzeniem było wspólne rzeźbienie w drewnie tych postaci. To planowaliśmy już trzy albo cztery lata temu. Każdy robił też szkic rzeźby postaci w ceramice. Myśleliśmy, że będziemy to kiedyś robić, a zostało to w zawieszeniu. W tym roku udało się i będziemy to w końcu realizować. Wcześniejszą naszą pracą, chyba z 2005 roku, jest Kwadryga. Była prezentowana na Biennale w Moskwie w 2007 roku, dawno temu. Rzeźbiąc ją, tak sobie pomyśleliśmy, że dobrze by się komponowała u szczytu schodów nad Kinem Muranów. To dla niej dobre miejsce. Więc to też jest takie marzenie, którego realizacja jest ciągle przed nami.

Jesteście bardziej związani emocjonalnie z Bródnem czy z Muranowem?

Iza: Od pewnego czasu, czyli od 2010 roku, jesteśmy związani z Bródnem, bo tam leży nasza Sylwia i co roku ją odwiedzamy. Kąpie się tam nasza Sylwia.

Grupa Nowolipie, Sylwia, fot. Aleksandra Litorowicz

Paweł: Cała ta rozmowa to jest kampania dająca sponsorom niesamowitą okazję i sposobność zrealizowania jeszcze niepowiększonej Kwadrygi, która powstała jako odpowiedź na profesorskie wydarzenie, jakim było umieszczenie Kwadrygi nad Teatrem Wielkim. Stwierdziłem, że jeśli już wierzymy w siebie, to trzeba dać temu wyraz i zamanifestować naszą rzeczywistą moc.

Iza: Przymierzaliśmy się do szczytu schodów nad kinem Muranów albo do ewentualnie tego wjazdu (przy Ognisku Artystycznym na Nowolipiu – przyp.), mam nawet wizualizację zrobioną.

Paweł: Gdyby zrobić tę Kwadrygę mobilną, mogłaby się przesuwać i nie byłoby problemu z lokalizacją…

Ula: Z tym przesuwaniem to jest bardzo dobry pomysł. Podobało mi się, że ufoludek był na Bródnie, a później pojechał z nami do Sopotu.

Zuzia: I Kwadryga też by mogła jeździć.

Czy oprócz codziennej zdrowotnej walki, którą musicie staczać, pojawiła się przez te lata jakaś groźba, że zaburzy się ten rytm zajęć? Czy to jest stałe, bezpieczne miejsce?

Jurek: Nie raz.

Iza: Ta sówka (rzeźbiona właśnie przez Izę – przyp.) to jest efekt między innymi sytuacji, jaka tu swego czasu miała miejsce. To jest właśnie odreagowanie.

Bożena: Obcy ludzie powiedzieli, że jesteśmy za starzy, żeby w Młodzieżowym Ognisku Artystycznym tutaj uczestniczyć.

Iza: Nie przekonało ich, że jesteśmy młodzi duchem (śmiech). Wbrew pozorom trudno jest znaleźć taką przestrzeń. Tu jest o tyle wygodnie, że nie tylko my musimy o nią dbać. Wszędzie indziej trzeba płacić i coś z tą przestrzenią przez resztę czasu robić. Pilnować jej i w jakiś sposób się nią opiekować. Nie byłoby to nie do załatwienia, ale na pewno wymagałoby jakiś dodatkowych nakładów pracy.

Zuzia: Nie każda przestrzeń się nadaje.

Iza: Przestrzeń musi być przystosowana i duża.

Bożena: Tu jest parter. 

Iza: Wysokość ma znaczenie przy ceramice, wypalaniu. Nie byłoby łatwo znaleźć takie miejsce.

Jurek: My jesteśmy wybredni „klozetowo” (śmiech). Nie do każdego można wózkiem wjechać, mówię poważnie. Jest to istotne dla naszych spotkań.

Czy są jakieś konflikty w Waszej grupie, choćby twórcze?

Remigiusz: Grupa jest zgrana. To jest jedna rodzina.

Ula: Ja myślę, że gdyby były jakieś konflikty, nikt by tutaj non stop nie przychodził przez dwadzieścia lat. Gdyby czuł się tu źle, to po co?

Jak długo trwają zajęcia?

Bożena: Od godziny 14 do 19 i mniej więcej w połowie zmieniają się grupy.

Moglibyście też mi trochę opowiedzieć o Waszej chorobie – stwardnieniu rozsianym? Jak ona wygląda, jak postępuje?

Bożena: To jest błąd przewodnictwa elektrycznego między mózgiem a rękami i nogami. Każdy neuron jest otoczony osłonką mielinową i, w naszym przypadku, ta osłonka się kruszy, tworząc takie blizny. Ten impuls jest zdrowy, poprawny, ale nie do końca. Jest to choroba autoimmunologiczna, czyli własny organizm się wyniszcza. Wyleczenie tego jest niemożliwe. Lekarstwo musiałoby polegać na tym, że w jakiś sposób te osłonki mielinowe się odbudowują. Jesteśmy w różnym stanie, niektórzy do końca życia chodzą, niektórzy są na wózku, jest bardzo różnie. Pojawiają się męczliwość, trudności z koncentracją, zmiany nastrojów.

Jurek: Temperatura dużo zmienia. Jak jest jednocyfrowa, to jest dobrze. Jak jest 20 stopni, jest źle, jak jest 30  – jest tragicznie. 

Iza: Ty tak masz. A ja mam inaczej, ja się w zimnie źle czuję.

Bożena: Ja też mam to samo, co Jurek. Są dwie postacie. Jest rzutowo-remisyjna, co oznacza rzut i wycofanie się choroby, ale pozostają te blizny, czyli tak w 100% choroba się nie wycofuje. I pierwotnie-postępująca, czyli taka, gdzie rzutów nie ma, ale ten stan zdrowia się ustawicznie pogarsza. Ja na przykład tak mam. Walczymy jednak z tym, żeby się nie pogarszało. 

W jaki sposób choroba wpływa na Wasze życie, jeśli chodzi o aspekt społeczny?

Bożena: Mamy nasze stowarzyszenie i się wspieramy. Wszelkie aktywności, gdzieś na zewnątrz, gdzie możemy się spotkać razem, w swoim gronie, są bardzo dobre. Przeważnie jesteśmy na rencie.

Iza: Choroba powoduje to, że traci się bardzo dużo znajomych i troszeczkę się zamyka w domu. Jeśli ktoś sobie z tym poradzi i otoczenie się oswoi, to może wrócić do siebie, ale w bardzo wielu wypadkach chore osoby mają bardzo ograniczone moce. Każda okazja do bycia z innymi pozwala zaspokoić jedną z podstawowych potrzeb, czyli potrzebę przynależności i akceptacji.

Czyli samotność jest bardzo poważnym problemem.

Iza: Samotność jest dla każdego problemem, a zwłaszcza dla osób chorych, które mają ograniczone możliwości wyjścia do ludzi. To jest problem ogólny, że często ludzie zdrowi nie wiedzą, jak się odnosić do osób chorych, więc wolą w ogóle się nie odnosić i ich unikać.

Jurek: Niektórzy myślą, że jesteśmy zadżumieni, że to jest zaraźliwe – na przykład w autobusie.

Bożena: To nie jest zaraźliwe. Poza tym chciałam powiedzieć, że zmęczenie neurologiczne to zupełnie inny rodzaj zmęczenia, którego nie zrozumie osoba zdrowa. To jest niezależne od nas.

Iza: Ani od aktywności fizycznej. 

Bożena: Tutaj spotykamy się z akceptacją, pomocą. I razem robimy coś twórczego.

Czego się nawzajem od siebie uczycie?

Jurek: Wielu rzeczy.

Iza: Akceptacji do inności. Tu są bardzo różne typy osobowości. Musimy wypracować pewien kompromis, nauczyć się odczytywać innych, nauczyć się, jak z nimi rozmawiać, żeby się dogadać i nie generować konfliktów. To jest bardzo dobra szkoła akceptacji, współpracy.

Warszawa, 2016

Źródła

[1]  tłum. Ivo Krankowski